Czas okiełznany

Czy ta kolekcja przestanie kiedyś się powiększać?

W naszych czasach wiele osób zadaje sobie pytanie, czy zegarek jest w ogóle potrzebny. Odpowiedź jest dość prosta – nie jest. Każdy ma telefon wskazujący godzinę i pełniący funkcję rozbudowanego budzika czy stopera. Wielu wykorzystuje czasomierze wcale nie do mierzenia czasu, a żeby podwyższyć swój status społeczny – w końcu fajnie móc kogoś smyrnąć patkiem philippe’em czy rolexem (choć te bardziej kojarzą mi się z gangsterami).

Mówi się też, że zegarek jest jedyną biżuterią, którą wypada nosić mężczyźnie. Ale co z sygnetami? – muszę zapytać. Co z sygnetami? – muszę powtórzyć. Co się stanie, gdy ktoś zapragnie pocałować naszą dłoń ze smutnymi, świecącymi pustkami palcami? Ale wróćmy do zegarków.

Kiedyś miałem jeden zegarek. Nie znaczy to, że do pewnego momentu w życiu byłem posiadaczem jednego modelu. Po prostu w danym okresie miałem jeden w szufladzie. Na początku zegarek z komunii, potem z okazji 18-tki, aż wreszcie ten, które dostałem z okazji ukończenia studiów. I jakoś sobie żyłem, aż parę lat temu znalazłem w szufladzie starego Łucza i oddałem go do naprawy zegarmistrzowi.

Poniżej wspomniany Łucz. Garniturowy klasyk, którego na Allegro można często dorwać za 100 zł. Tak mi się spodobał, że założyłem go nawet na ślub. Jest nakręcany, codziennie się spóźnia, ale już ustaliliśmy, że przecież nie o wskazywanie godziny chodzi w zegarkach, prawda?

Spójrzcie na tę minimalistyczną tarczę. Hipnotyzująca czerń. Czasami, gdy się w nią wpatruję, czas na chwilę się zatrzymuje i wcale nie dlatego, że zapomniałem go nakręcić.

Zacząłem traktować zegarek jak dodatek, który sprawia przyjemność głównie mnie, bo przez większość czasu jest niewidoczny. Poniższy model kupiłem tylko ze względu na piękny kolor tarczy i paska. Don’t judge me.

Jedyny zegarek na bransolecie, który ostał się w mojej kolekcji. Rzadko go zakładam nie dlatego, że bling-bling to nie mój klimat, ale zwyczajnie jest za ciężki i nie potrafię zapomnieć, że mam na ręce. Chcę wierzyć, że kwestia jakiegoś tajemniczego stopu metalu, a nie kiepskiej kondycji.

Skagen pojawił się już w poprzednim wpisie, ale nie mogę go pominąć. To chyba mój ulubiony zegarek i czasami zmuszam się, żeby założyć inny:P Jego historię opisałem tutaj, więc nie będę się powtarzał. Ten model jest świetnym dowodem na to, że brązowy czasomierz pod względem uniwersalności, mówiąc kolokwialnie, miażdży konkurencję. Będę musiał sobie sprawić jeszcze jeden w podobnym stylu – miejsce w walizeczce czeka.

Kolejny model nie był drogi (kilkadziesiąt złotych, rzecz jasna używany), ale i tak długo się nad nim zastanawiałem. Prostokątną tarczę przez długi czas uważałem za mocno staromodną. Poniżej widać, jak bardzo jestem stały w uczuciach.

Rotary po raz drugi – nagle okazało się, że pasuje do wielu stylizacji. Jaki z tego wniosek? Eksperymentujcie z zegarkami – to taka sama zabawa jak dobierania poszetki do marynarki i koszuli.

2 thoughts on “Czas okiełznany

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *