Światło, które utraciliśmy

Powieść nie tylko dla kobiet

Na blogu staram się pokazywać, że facet naprawdę może założyć łososiową marynarkę czy krawat w kwiaty i nie martwić się o to, że ktoś będzie podważał jego męskość. Tak samo facet może przeczytać powieść obyczajową albo romans, a nie ograniczać się jedynie do mrocznych kryminał, z których autor starannie wyeliminował wszystkie wzmianki o emocjach. Dlatego zapraszam Was do przeczytania krótkie recenzji książki, którą otrzymałem od Wydawnictwa Otwarte:

Mówi się, że tylko głodny sukcesu sportowiec czy artysta może osiągnąć prawdziwą wielkością. Zawsze jest mu mało, chce więcej, myśli tylko o tym, czego nie osiągnął, nie spoczywa na laurach. I faktycznie – gdy prześledzi się wybory wybitnych jednostek, można zauważyć pewien schemat. Zawsze sięgają po więcej. Są efekty? Są. Czy można więc protestować przeciwko takiemu podejściu? W zasadzie nie. No dobrze, a teraz pomyślimy, co taki głód robi z człowiekiem, gdy mówimy o jego emocjach, poszukiwaniu miłości i sensu życia.

Na początku powieści Jill Santopolo „Światło, które utraciliśmy” poznajmy Gabe’a i Lucy. Młodzi, niepewni, czego chcą od życia, poznali się, gdy życia wielu innych osób się skończyły – w dniu zamachu na World Trade Center. To był również początek uczucia, które miało ich na zawsze połączyć. Parą zostali jednak dopiero ponad rok później. Nie nacieszyli się długo takim stanem rzeczy. Gabe – rozbudzony przez muzę w postaci Lucy – odkrył w sobie fotograficzną pasję, którą chciał zmieniać świat. Nie mógł zostać w Nowym Jorku – wyruszył na Bliski Wschód. Zamienił miłość na miłość do świata, wmawiając sobie, że ta trudna decyzja była jedną, jaką mógł podjąć.

Dla Lucy krótki związek z Gabe’em był duchowym przeżyciem. Czuła, że ją dopełnia, pozwala stać się kimś lepszym, chociaż zawsze miała wrażenie, że to jej zależy bardziej. Gdy się rozstali, nie mogła się odnaleźć. Wtedy odnalazł ją Darren. Troskliwy, kochający,  ale zupełnie inny niż Gabe. I to chyba jego największa  wada – nie był Gabe’em. Nie był też idealny, bo notorycznie nie doceniał zawodowych aspiracji Lucy, ale poszukiwanie ideału jest wyjątkowo naiwne, a Lucy nie była przecież naiwna. Czyżby?

Mam wrażenie, że odebrałem „Światło, które utraciliśmy” inaczej niż większość. Dla mnie nie opowiada ona o utraconej miłości, szansie na szczęście. Pokazuje raczej, że jeśli pozostaniemy nienasyceni, to grozi nam robienie sobie wyrzutów do końca życia. Historia wzruszająca, która jest jednak pewną przestrogą – marzenia mogą zrujnować codzienność. Lucy nie potrafiła zapomnieć o Gabie, przez lata wszystko porównywała do ich magicznego związku. Czy w ten sposób nie zaszkodziła sobie i całej swojej rodzinie? Zatracić się w przeszłości jest bardzo łatwo. To też sposób na ucieczkę od codzienności, z którą sobie nie radzimy. Chociaż motywacje Lucy były dla mnie zrozumiałe, to jej nieumyślny egoizm jest dla mnie najistotniejszym elementem całej powieści.

Co nie zmienia faktu, że w byciu czyjąś muzą jest coś nieuchwytnie fascynującego, książkę czytało się świetnie, a wzruszyłem się nie tylko na końcu.

„Światło, które utraciliśmy” to dobra powieść na lato – można ją pochłonąć w dwa popołudnia, a wtedy robi największe wrażenie. Sam zabrałem ją na męski wyjazd i o dziwo tam też się sprawdziła. A poniżej w towarzystwie letnich tkanin – oczywiście króluje len, ale czy kogoś to dziwi?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *