Rockowy denim

Im starszy, tym lepszy.

Ten wpis siedział we mnie od bardzo dawna. Tygodniami chodziłem po mieście i zastanawiałem się, czy jestem już gotowy, żeby go napisać, czy musi jeszcze trochę poleżakować na półce w mojej głowie. Wreszcie nadszedł ten dzień – słońce wychyliło się zza chmury, a razem ze światłem przybyło oświecenie. Byłem gotowy.

Dobra, pewnie już zdążyliście się zorientować, że to wszystko ściema. Prawda jest taka, że pomysł na wpis pojawił się zupełnie przypadkowo. Wracałem ostatnio autobusem do domu, akurat miałem na sobie dżinsową koszulę, a że zrobiło się gorąco (nic dziwnego, w końcu sierpniowy dzień), to musiałem podwinąć rękawy. Nie interesowała mnie symetria i idealne podwinięcie. Chciałem tylko, żeby było mi chłodniej. Już w domu spojrzałem w lustro i zaintrygowało mnie wspomniane podwinięcie rękawów. Niechlujne, krzywe, praktyczne. Zrobiłem sobie autoportret, który widzicie poniżej. Myślę, że będzie na okładce którejś z moich powieści. Nie wiem jeszcze której, ale na pewno z niego skorzystam – udało się uchwycić coś prawdziwego.

Ok, wspaniale, że mam świetne zdjęcie do kolekcji, ale nie po tu przyszliście, prawda? Surowość i autentyzm denimu zachęciły mnie, żeby oprzeć na nim jakąś prostą, maksymalnie nieformalną stylizację z małym twistem. Chciałbym móc napisać, że od razu wskoczyłem w odpowiednie ciuszki, a po kwadransie sesja była gotowa. Znaczy mógłbym tak napisać, ale po mojej fryzurze domyślelibyście, że coś tu nie gra. Ewentualnie, że zyskałem możliwość zaginania czasoprzestrzeni, co poniektórych pewnie by przestraszyło i uciekliby z bloga.

Pomysł pojawił się tamtego upalnego dnia, a zdjęcia zrobiłem kilka dni później. A co chodzi z tytułowym rockiem? Spokojnie, zaraz do niego wrócę.

Widzicie, denim kojarzy mi się jednoznacznie z rockiem. Taki ma charakter – powycierany, ponadczasowy, uniwersalny. Nie znoszę postarzanych spodni czy dżinsowych kurtek – same muszą stworzyć swoją historię. W przeciwnym wypadku wszystko jest udawane. Trochę jak z rockiem odgrywanym przez gwiazdki talent show. Nie jest tak, że wystarczy wziąć dobrego bębniarza, dołożyć gitary na przesterze i mamy rocka. W ten sposób można uzyskać co najwyżej rockowe popłuczyny, miałki pop, który próbuje dotrzeć do nowych grup docelowych.

Dżinsowi wszystko uchodzi na sucho. Koszula może być zapięta na wszystkie guziki, rozpięta albo w ogóle powiewać na wietrze niczym sztandar. Chcemy dołożyć marynarkę? Jasne. A może lepiej pogniecione szorty? No problem. A co jeśli dodamy do tego chustę, nie zrobi się zbyt hipstersko? Jeśli masz na ochotę, dodawaj – zdaje się mówić denim. Tak też zrobiłem. Cienka chusta to wspomniany twist – nietypowy dodatek do klasycznego białego T-shirtu i dżinsowej koszuli. Ale z jakiegoś powodu pasuje. Tak samo jak rockowi giganci mogli nagrywać zarówno energetyczne petardy, jak i romantyczne ballady.

Na jednym z powyższych zdjęć na pewno dostrzegliście słuchawki. Nieprzypadkowo trafiły na mini plan zdjęciowy. Stwierdziłem, że warto je połączyć z rockowym tematem. Dlaczego? To nie tyle słuchawki, co słuchawy. Wyglądają świetnie, ale nie ma mowy o delikatnym, zgrabnym designie, szukaniu rozwiązań, które sprawią, że całość będzie lekka jak piórko. Niestety, słuchawki ważą prawie 300 gramów, ale za odwdzięczają się na dwa sposoby – po pierwsze, są bezprzewodowe, a po drugie, brzmią fantastycznie.

Czas zdradzić, co w ogóle za słuchawki. To Pioneer SE-MS7BT. Takim prezentem parę tygodniu temu zaskoczyli mnie rodzice. Trochę już je użytkuje, więc mogę powiedzieć o nich nieco więcej. Przede wszystkim to moje pierwsze słuchawki Bluetooth. Uwolnienie się od kabla jest czymś pięknym. Nagle mogę wstać od biurka, pójść do kuchni po coś do picia, a muzyka wciąż mi towarzyszy. Przydają się także podczas nocnego oglądania seriali. Jednak najważniejsza jest muzyka, a w tym przypadku Pioneery dają radę, oj dają.

Jedno należy od razu zaznaczyć – to nie są słuchawki dla miłośników potężnego basu. Jeśli marzycie o tym, by bębenki uszne były masowane przez niskie częstotliwości, szukajcie innego modelu. Nie zrozumcie mnie źle – Pioneery dobrze sobie radzą z basem – jest klarowny, selektywny, nie przytłacza reszty. Czasami wydaje się, że mógłby być odrobinę głośniejszy, ale z drugiej strony, wtedy łatwo o efekt dudnienia i muzyki, która jest basem z dodatkami.

Słucham bardzo wielu gatunków – od jazzu, przez klasycznego rocka, aż do elektroniki i muzyki filmowej. Na zdjęciu powyżej pojawia się płyta Roberta Planta, bo idealnie pasuje do nieśmiertelnego denimu. Jest też dowodem na to, że można się starzeć z klasią – kariera solowa Planta pełna jest wartościowych albumów, a przecież był członkiem legendarnego Led Zeppelin. W takiej sytuacji łatwo skoncentrować się na odcinaniu kuponów od sławy albo dołowaniu się, że nic lepszego się nie nagra.

Wybrałem tę płytę z jeszcze jednego powodu – fantastycznie brzmi na moich Pioneerach. Ma iście szamański charakter, bardzo ważna jest warstwa rytmiczna, ale też organiczne brzmienie gitar. A do tego wokal – tak charakterystyczny, a jednak udanie nie wypchnięty na pierwszy plan. W takich klimatach słuchawki radzą sobie najlepiej. Podobnie jest w przypadku rozbudowanych składów jazzowych czy potężnej muzyki symfonicznej. Brzmienie jest czyste, wysokie tony nie próbują dominować, a dzięki temu, że słuchawki mają duże membrany nie mamy poczucia, że dźwięk się dusi. W kategorii słuchawek za paręset złotych to bardzo dobry wybór. No chyba, że głupio Wam chodzić po mieście z takimi potworami na uszach.

 

Koszula: Levi’s

T-shirt: H&M

Spodnie: H&M

Chusta: Mango Man

Zegarek: Skagen

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *