Moonshine vol. 1

Draka w w Appalachach

Zakazy przynoszą odwrotny skutek. Podobnie było w przypadku prohibicji. Miała wyleczyć, uzdrowić Amerykę, a tymczasem pozwoliła się rozwinąć przestępczości zorganizowanej – wręcz wymusiła jej rozkwit. To fascynujący okres, który wciąż inspiruje twórców – wystarczy wspomnieć takie produkcje jak „Droga do zatracenia” Sama Mendesa czy „Boardwalk Empike” – serialowy hit HBO. Po ten okres postanowił sięgnąć również ceniony („100 naboi”) duet komiksowy: Brian Azzarello i Eduardo Risso.

„Moonshine” już tytułem zdradza, co będzie przedmiotem sporu (w końcu nie ma opowieści bez konfliktu, prawda?) – moonshine to swojski bimber. W czasach prohibicji na wagę złota. Głównym bohaterem serii jest Lou Pirlo – nieszczególnie szanowany nowojorski mafioso, która jednak działa na polecenie Joe’ego Masserii, postaci jak najbardziej historycznej, znanej choćby ze wspomnianego „Boardwalk Empire”. Lou dostaje stosunkowo proste zadanie – udać się w Appalachy, gdzie niejaki Hiram Holt produkuje bimber, na który czeka całe Wielkie Jabłko. Jest interes do zrobienia, obie strony zarobią na nim mnóstwo pieniędzy. Problem w tym, że Hiram wcale nie jest zainteresowany zaopatrywaniem mieszczuchów.

Można by się spodziewać, że każdy będzie drżał przed jednym z największych mafijnych bossów. Jednak ludzie zachłyśnięci władzą tracą zdolność do logicznego myślenia – są przekonani, że wszystko im się należy. To pierwszy krok ku upadkowi. Hiram Holt jest na swoim terytorium, miejscu, które prawdopodobnie należy od jego rodziny od lat. Kim dla niego jest wielki mafioso, który nie rusza się ze swojego wygodnego lokum w Nowym Jorku i wyręcza się innymi? Hiram nie czuje strachu ani respektu. To chyba najciekawszy motyw całej opowieści, chociaż pojawiają się w niej wilkołaki.

Zaraz, wróć, wilkołaki? Tak, dobrze przeczytaliście. Sam się zdziwiłem, ale zaraz uznałem je za potrzebny powiew świeżości. Nie żeby „Moonshine” było odgrzewanym kotletem – tematyka mafijna została w popkulturze już mocno wyeksploatowana, a pojawiający się na scenie gangsterzy są momentami stereotypowi, ale wiejska scenografia pozwala spojrzeć na okres prohibicji w inny sposób. Natomiast wątek ponadnaturalny ciekawie podkręca całą fabułę, a i na tytuł patrzymy nieco inaczej. Spokojnie, scenarzysta traktuje ten wątek jako dodatek, przyprawę, a nie bazę, na której wszystko jest oparte. Dzięki temu zyskaliśmy opowieść grozy w bardzo nietypowym wydaniu. Udany eksperyment.

W przypadku takiego komiksu jak „Moonshine” nie sposób nie wspomnieć o warstwie wizualnej. Nie jest odpowiedzialna tylko za pokazanie kolejnych wydarzeń, ale przede wszystkim za stworzenie klimat noiru w minimalistycznym wydaniu. Eduardo Risso pozostawia wiele niedopowiedzeń, oszczędnie operuje kreską, ale już w przypadku kolorów jest zdecydowanie bardziej hojny. To ciekawe, że chociaż używa raczej zgaszonej palety barw, kadry są pełne życia i uruchamiają wszystkie zmysły. Można poczuć duchotę prowincji, zapach prochu i potu spływającego po plecach wiejskich watażków czy ciepło bijące od ogniska, wokół którego czarnoskórzy tańczą całą noc w iście szamańskim uniesieniu. Co rusz trafiałem na kadry, którymi chciałem ozdobić ścianę.

Swoją drogą, komiks pozwala poćwiczyć angielski, bo wypowiedzi Holtów są zapisane w taki sposób, że prawie słychać akcent typowy dla hillbillies i skracanie wyrazów. Nie wiem jak wy, ale ja często czytam komiksy w oryginale, ich naprawdę duży wybór znajdziecie tutaj.

„Moonshine” przeczytałem podczas dusznego letniego wieczoru, a tle rozbrzmiewały kolejne sztosy Blues Saraceno. Polecam nie tylko fanom mafijnych klimatów.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję sklepowi Atom Comics.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *