Dzikie królestwo

Strach ma wielkie lufy.

Bohaterom filmowym czy literackim często zdarza się znaleźć w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Podobnie jest w przypadku Joan i jej czteroletniego syna Lincolna – bohaterów „Dzikiego królestwa”. Zgodnie ze swoim zwyczajem spacerują po opustoszałym ogrodzie zoologicznym, zwiedzając ulubione miejsca i ciesząc się swoim towarzystwem. Nagle jednak sami stają się zwierzyną – uzbrojeni mężczyźni wkraczają do zoo i po kolei eliminują maruderów.

Do czego jest zdolna matka, która za wszelką cenę chce ochronić swojego bezbronnego syna? Łatwo sobie wyobrazić, jak Joan po początkowym szoku próbuje okrążyć napastników i jakoś ich zaskoczyć. A może zastawić pułapkę na jednego z myśliwych, tego najsłabszego, żeby wyrównać szanse i zdobyć broń? Z bronią jest już dużo łatwiej, nie musi wtedy tylko reagować na wydarzenia – sama może przejść do ofensywy i mimo przewagi liczebnej przeciwnika i braku umiejętności strzeleckich zdziesiątkować wroga. Napędzana adrenaliną i rodzicielską miłością wygrywa nierówną walkę. Pewnie już parę razy mieliście do czynienia z takimi historiami, prawda? Spokojnie, nie zaspojlerowałem Wam właśnie recenzowanej powieści. Jej autorka postanowiła przełamać schemat. Czy to dobrze i czy dobrze jej to wyszło to jednak dwie różne rzeczy.

Pojawienie się napastników kompletnie paraliżuje Joan. Nie na tyle, by padła na kolana środku żwirowej alejki, ale na tyle, by po znalezieniu względnie bezpiecznej kryjówki Joan spędzić w niej ponad jedną trzecią powieści. Ani myśli wykazywać się inicjatywą, próbować przechytrzyć niezrównoważonych antagonistów. Trudno jej się dziwić – w takich okolicznościach mało komu pojawiłaby się w głowie myśl, by zostać bohaterem. Pod tym względem powieść Gin Philips jest bardzo realistyczna. Problem w tym, że dość szybko siada tempo. Nie każda opowieść musi pędzić do przodu, ale jakiekolwiek wydarzenia są mile widziane. W przypadku „Dzikiego królestwa” duża część książki jest studium matczynej miłości Joan do synka. Dziesiątki retrospekcji, często pięknych momentów pomiędzy matką a synem pozwala lepiej zrozumieć intymną więź z Lincolnem. Pozwala też zrozumieć, czemu Joan myśli tylko i wyłącznie o przetrwaniu. Opanowuje ją jedna myśl i doskonale to rozumiemy. Nie ma miejsca na kompromisy, nie ma miejsca na myślenie o przeciwnikach (których motywacje poznajemy w okrojonym zakresie), bo to nie oni są ważni.

Jednak tak częste odbieganie od aktualnych wydarzeń rozgrywających się w ogrodzie zoologicznym, negatywnie wpływa na suspens. Nie wzmaga napięcia, lecz nudę. Owszem, poczucie strachu jest wszechobecne, ale mogłoby być jeszcze bardziej nieznośne, gdyby Joan była tu i teraz. Za często ucieka w przeszłość.

Ostatnio pisałem o powieści „To, o czym nie wiesz” i w niej również autorka skoncentrowała się na implikacjach zbrodni. Co prawda, Gin Philips nie robi tego w tak bezpośredni sposób, że pewnie pytania same cisną się na usta – jaki wpływ na Lincolna będzie miała świadomość, że był ofiarą polowania? Oczywiście przy założeniu, że polowanie w ogóle przeżyje, a tego Wam nie zdradzę. Chociaż bądźmy szczerzy – jak wspomniałem, sama historia nie jest szczególnie istotna w „Dzikim królestwie”. Ważniejsze je zrozumienie sytuacji, w jakiej znalazła się matka. Czterolatek ma swoje priorytety – pobawić się figurkami, zjeść krakersy, zasypać matkę pytaniami. Joan jest rozdarta – chciałaby uciszyć malca, żeby przypadkiem nie zdradził ich pozycji. Jednocześnie nie chce mu odbierać beztroski dzieciństwa, więc dozuje mu informacje o „złych ludziach”.

„– Mamusiu? – mówi Lincoln, głosem cieńszym niż zwykle.

Czy od tej pory będzie mówił tylko jedno albo dwa słowa na raz. Czy wszystkie te niekończące się pytania, pomysły i opowieści skończą się na dobre?”

„Dzikie królestwo” mogłoby być porywającym, bardzo kameralnym thrillerem, ale zabrakło w nim akcji, a tej potrzebują nawet thrillery psychologiczne. Poza tym aż się prosiło, żeby pokazać jeszcze jeden rodzaj zagrożenia – ze strony zwierząt. Kameralność kameralnością, ale wybiórcza sterylność szkodzi każdemu prawie każdemu gatunkowi. Jeśli jednak nie zależy Wam na thrillerze, a bardzo sugestywnym przedstawieniu pełnego wachlarza emocji, które wiążą się z rodzicielstwem, „Dzikie królestwo” Was nie rozczaruje.

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *