To

Ciebie też porwie

O monumentalnej powieści „To” Stephena Kinga napisano już chyba wszystko, więc klasyczna recenzja nie ma sensu. Dlaczego więc w ogóle o piszę o tej książce? Wszystkiemu winny jest rzecz jasna film, który niedawno wszedł do kin i zrobił furorę – spodobał się fanom, krytykom, a chyba najbardziej producentom, bo w box office bije kolejne rekordy. Spotkałem się z opinią, że nie dało się go nakręcić lepiej. Poniekąd się tym zgadzam, ale jednak ekranizacja mnie zawiodła. Dlaczego?

„To” to powieść o wchodzeniu w dorosłość, która przy okazji jest kultowym horrorem i thrillerem psychologicznym. Śledzimy losy Klubu Frajerów na dwóch planach czasowych – gdy byli dziećmi (nastolatkami) oraz gdy już dorośli (prawie trzy dekady później). Muszą zmagać się z tytułowym Tym – emanacją dziecięcych lęków, która przybiera postać zbyt namacalną, by można ją było zignorować. Często ukazuje się pod postacią złowieszczego klauna Pennywise’a – myślę, że możemy założyć, że to właśnie King jest odpowiedzialny za zrujnowanie reputacji klaunów wśród przedstawicieli millenialsów. Przez niego w klaunach nie widzimy niczego zabawnego. I unikamy ich. Zawsze.

King, jak to King, nigdzie się nie spieszy, snując swoją opowieść – „To” ma ponad 1000 stron. Od początku wiadomo, że nie będziemy śledzić wycinka historii, linearnej fabuły, w której ostały się tylko kluczowe wydarzenia. King pozwala sobie na bardzo kompleksowe przedstawienie każdego z bohaterów, wiwisekcję leków i doświadczeń, których prawdziwa natura lubiła się ujawniać dopiero po latach. Dzięki temu motywacje bohaterów są w pełni zrozumiałe. Wierzymy w te postacie. Narodziły się na papierze, ale krwi i kości nikt nie może im odmówić. Dlatego gdy zaprzyjaźniają się i zwierzają sobie nawzajem zupełnie nas to nie dziwi. Wręcz przeciwnie – na to czekaliśmy, rozumiemy ich zachowanie. I zaczynamy drżeć ze strachu, co się z nimi stanie w świecie, gdzie dorośli zawsze spoglądają w drugą stronę, a zło nie potrzebuje dodatkowej zachęty, żeby się ujawnić.

To prawda, że wystarczy jeden sugestywny film, żeby nabawić się klaunofobii (której poprawna nazwa to koulrofobia), ale rzeczywisty, paraliżujący strach w codziennym życiu nie bierze się znikąd i nie rodzi w ciągu kilku minut. Są za niego odpowiedzialne często lata stale powtarzających się zachowań i patologii, zazwyczaj niezdiagnozowanych nawet przez najbliższych. Podobnie jest ze śledztwami – seriale i filmy przyzwyczaiły nas do tego, że w godzinę można rozwikłać najtrudniejszą zagadkę, nawet jeśli wcześniej nikt nie połączył faktów rozciągniętych na osi czasu na wiele lat. I dlatego mam problem z filmową wersją dzieła Kinga.

Film ogląda się bardzo dobrze, młodzi aktorzy zostali dobrani świetnie, a scenograf powinien dostać Oscara za stworzenie planów, które nostalgię wywołują szybciej niż popcorn pragnienie. Do tego świetne zdjęcia, które już kilkoma pierwszymi ujęciami mówią nam: „niby horror, ale to nie jest film klasy B”. Tempo nie spada nawet na chwilę, ale może właśnie powinno? Wtedy łatwiej byłoby widzowi zrozumieć, czemu członkowie Klubu Frajerów są w stanie poświęcić wszystko dla przyjaciół. Natomiast historia fikcyjnego miasta Derry w książce zgłębiana jest na kilkudziesięciu stronach, a my powoli obserwujemy jak pojedyncze elementy układanki wpadają na swoje miejsce, choć na początku nawet nie wiem, czy mamy do czynienia z układanka. W efekcie mitologia Tego staje się dużo bardziej satysfakcjonująca. W filmie scenarzysta w dwóch-trzech dialogach próbuje streścić kilkadziesiąt stron. Efekt nie jest tragiczny, ale poczucie niedosytu ogromne.

King odsłania, a w zasadzie zdrapuje kolejne warstwy zła i każe nam na to patrzeć, na ten cały proces, od którego zaczynają swędzieć przerwy między palcami. King nie potrzebuje (jak filmowa adaptacja) wielu scen, w których jakiś stwór, albo zawsze przerażający Pennywise, wyskakuje z szafy czy zza rogu. Przerażająca opowieść toczy się swoim tempem, a największym źródłem strachu jest nieuchronność – świadomość, że coś się wydarzy. Niby możemy zmienić swój los, King nie jest wyznawcą przeznaczenia, ale czasami zmiana losu wymaga tak dużego wysiłku, że łatwo pomyśleć, że ktoś na górze dawno ustalił ciąg wydarzeń.

Sam „To” przeczytałem bardzo późno. Gdybym zrobił to w wieku nastoletnim, pewnie wcześniej zostałbym fanem Kinga, a jednocześnie miał bardziej otwarty umysł. Ta powieść jest jednym z najbardziej kultowych dzieł popkultury, a wrzucanie jej do szuflady z etykietą „horror” jest dla niej krzywdzące. Zresztą filmowa wersja również ucierpiała przez marketing, który zapowiadał najbardziej przerażającą produkcję od lat. Nie jestem koneserem horrorów, ale w ostatnich latach bardziej przeraziły mnie choćby „It Follow” czy „Babadook”. Nie zmienia to faktu, że film, podobnie jak książkę bardzo polecam. Tylko pamiętajcie o kolejności – najpierw książka, potem film.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Albatros.

PS. Parę lat temu kupiłem porcelanowego klauna. Bez żadnego konkretnego powodu. Żona niezliczoną liczbę razy kazała mi się go pozbyć. Twardo się opierałem. I co? Wreszcie się przydał. Także pamiętajcie – kupujcie porcelanowe klauny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *