Giant Days Tom 1: Królowe Dramy

Życie to nie ratowanie świata

Wydawnictwo Non Stop Comics jest na rynku od stosunkowo niedawna. Dlatego można by było oczekiwać, że zacznie zdobywać rynek tytułami wbijającymi w ziemię, które wyróżniają się warstwą graficzną, a przede wszystkim tematyką. Skąd więc pomysł, żeby wypuścić na polskim rynku komiks o codziennym życiu grupy studentek? Odpowiedź na to pytanie jest banalna – „Giant Days” to świetna lektura.

Dosłownie pierwsza strona komiksu pokazuje siłę tego medium. Kilka zdań wystarcza, żebyśmy poznali trzy roztrzepane główne bohaterki „Giant Days” – Daisy Wooton, Esther De Groot, Susan Ptolemy. Zresztą zobaczcie sami:

Bardzo cieszy fakt, że bohaterkami komiksu są dziewczyny. Uwolnione z okowów księżniczkowatego wizerunku, nie muszą niczego udowadniać, daleko im od chodzących ideałów. Tym bardziej, że przyglądamy się nie tylko ich wzlotom, ale przede wszystkim upadkom. Jednocześnie Daisy, Esther i Susan nie są bezpruderyjnymi studentkami, które nie mogą powstrzymać swojej chuci. W ich zwyczajności jest coś świeżego. Nie stanowią dodatków do męskiego świata. Miła odmiana.

Odznaczają się spontanicznością i beztroską rodem z podstawówki, chociaż są studentkami. I bardzo dobrze, ile się można umartwiać. Ta spontaniczność kojarzy się z jedną z moich ulubionych serii komiksowych „Chew”. Również pod względem graficznym. Lissa Tremain (odpowiedzialna za rysunki) podobnie jak Rob Guillory ma w sobie lekkość, która przywołuje na twarz uśmiech i prawie widzimy oko, które nam puszcza. Wiemy, że w tej historii nie wydarzy się nic definitywnie złego. Czasami taka świadomość potrafi uratować ciężki wieczór.

W „To” w wielkiej bandzie mamy jedna dziewczynę, która (w ogromnym uproszczeniu) pełni funkcję przede wszystkim dziewczyny, a szkoda, bo Beverly sama w sobie jest ciekawą, pełnokrwistą bohaterką. Z kolei w „Stranger Things” Eleven też nie mogła być po prostu dziewczyną – scenarzyści uczynili z nią zbyt istotny element napędzający całą fabułę. W recenzowanym komiksie jest inaczej – Daisy, Esther i Susan nie mają misji do wypełnienia, nie są niewolnicami galopującego wątku i katalizatorami  dramatycznych wydarzeń. No dobrze, ja tu wspominam o horrorach (powiedzmy), a „Giant Days” ma przecież zupełnie inny klimat. Bliżej mu do średnio znanego, ale bardzo przyjemnego serialu „Undeclared”, w którym przebijał się Charlie Hunnam (znany Wam lepiej jak Jax Teller z „Sons of Anarchy” albo Artur w ostatnim filmie Guya Ritchie’ego), opowiadającego o przygodach młodzieńców bez misji zbawienia świata.

„Giant Days” to przede wszystkim humor – jest lekko, zabawnie, bez nadęcia, więc i bez ryzyka przebicia balonu oczekiwań. Zabawne wymiany zdań rodem z najlepszych powieści młodzieżowych, one-linery godne oprawienia w ramkę, a do tego sporo humoru sytuacyjnego, który wydaje się być zarezerwowany dla telewizji.

W pierwszym tomie brakuje trochę przewodniego tematu, czegoś, co pchałoby akcję do przodu. Jasne, powtarzają się próby przełamania nieśmiałości przez Daisy. Obserwujemy też, jak Susan radzi sobie (czy raczej nie radzi) z faktem, że na tym samym uniwersytecie pojawia się chłopak, z którym coś ją łączyło. Są to jednak kolejne perypetie, których kolejność łatwo można by było zmienić i nie zaszkodziłoby to całości. Trudno je więc uznać za główny wątek. Z drugiej strony dziewczyny nie lubią stać w miejscu, dlaczego ciągle podejmują decyzje. Często złe, ale konsekwencje przychodzą za szybko, by te decyzje kwestionować – trzeba podejmować kolejne. Nie sposób się nudzić. Tak charakter opowieści sprawia, że „Giant Days” mogłoby być bazą lekkiego komediowego serialu. Czekam na kolejny tom.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *