Strażnicy Galaktyki Vol. 2 (Blu-ray)

W kosmosie bez zmian

Pierwsza część „Strażników Galaktyki” miała wielki potencjał, by zostać klapą. Mało znani bohaterowie komiksowi. Postacie, które wydawały się mieć sens tylko na papierze – gadające drzewo z ograniczonym słownictwem oraz zakochany w broni szop. Do tego brak większych gwiazd w obsadzie. A jednak udało się i to jak! Już po pierwszych recenzjach było wiadomo, że nie skończy się na jednym filmie. Pierwsza część zachwycała świeżością i stanowiła doskonałą, bezpretensjonalną rozrywkę. A jak z drugą?

To wciąż kawał dobrej hollywoodzkiej roboty. Na seansie bawiłem się świetnie, nawet śmiałem się na głos, co nie zdarza mi się często. I śmiałem się częściej niż na pierwszej części. Mimo wszystko vol 2. oceniam niżej od poprzednika. Film z 2014 roku zaskakiwał – lekkością świata przedstawionego, doborem muzyki i castingowymi decyzjami. Chociaż twórcy tegorocznego hitu wywiązali się ze swojego zadania, to nie byli w stanie ponownie zaskoczyć nas tymi elementami. Nie próbowali też przesadnie eksperymentować – dlatego dostaliśmy jeszcze raz to samo, ale w często lepszej, bardziej przemyślanej wersji.

Tym razem historia z wyraźnie zarysowanym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem nie była priorytetem twórców. Jasne, obserwujemy logiczny ciąg wydarzeń, ale nie mamy wrażenia, że bohaterom jakoś szczególnie zależy na realizacji wielkiego celu. Robią swoje. Scenarzysta położył nacisk na bohaterów i relacje między nimi. Nie musimy oglądać kolejnych origin story – przecież już wiemy, że Rocket jest sfrustrowany, a Drax z racji swojej bezpośredniości źródłem wielu komicznych sytuacji. Nowością jest oczywiście Groot w wersji dziecięcej – doskonały pomysł, powiew świeżości. Jest bardziej uroczy od małych kotków, które bawią się kłębkiem wełny. Jednocześnie ponieważ bohaterowie są nam już znani, to trudniej o zaskoczenia. Jednak dzięki temu ich rozwój jest wiarygodny, choć nie aż tak efektowny.

Tak jak w przypadku pierwszej części soundtrack broni się i w kinie, i podczas samodzielnego odsłuchiwania. Sam score jest typowy dla filmów Marvela – po prostu jest i nie tyle podkreśla ważne momenty, co nie przeszkadza. Ale najważniejszy w przypadku „Strażników” jest wybór piosenek. I znowu mamy zapomniane perełki. Po premierze filmu miałem soundtrack zapętlony przez dobre dwa-trzy tygodnie. A i dzisiaj czasami do niego wracam, bo powala energią, a dodatkowo świetnie się przy nim pisze. W filmie też się sprawdził, chociaż towarzyszyło mi małe poczucie zawodu. Dlaczego? Paradoksalnie utwory pasowały zbyt dobrze do wydarzeń. Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale takie było moje odczucie. Brakowało trochę większego kontrastu, który nie byłby całkowicie wykalkulowany. I chociaż wszystko zażarło na ekranie, to chciałoby się więcej. Żeby muzyka znowu zapraszała nas do świata Star-Lorda, a nie grzecznie pełniła funkcję ilustracyjną.

Wydanie Blu-ray to oczywiście nie sam film. Dostaliśmy garść dodatków, a wśród nich opcję oglądania z komentarzem Jamesa Gunna (reżyseria i scenariusz). Od tego właśnie zacząłem. Zdecydowanie nie jest to stracony czas, bo Gunn kocha ten projekt całym sercem. I hojnie obdarowuje nas ciekawostkami. Wiedzieliście na przykład, że otwierająca film scena z tańczącym małym Grootem została ukończona zaledwie półtora tygodnia przed premierą? Albo że James Gunn uwielbia załatwiać role swoim kumplom? I nie chodzi o kumpli na zasadzie „znamy się, bo w Hollywood wszyscy się znają”, tylko kumpli, którzy są na każdej imprezie w jego domu i znają się od 20 lat. Do takich bracholi zalicza się m.in. Michael Rooker, który wciela się w Yondu. Z drugiej strony podczas castingów Gunn potrafi przetrzepać setki kandydatów. Podwójne standardy, ot co! Na pewno wiele osób zaciekawi także fakt, że reżyser za najtrudniejsze do zrealizowania sceny nie uważa wcale tych z ogromną liczbą kaskaderskich popisów i efektów komputerowych, lecz te zdecydowanie bardziej kameralne, gdy na przykład Star-Lord tańczy z Gamorą. To dobitnie pokazuje, jak bardzo zależy mu na tych bohaterach.

Na płycie znajdziecie też standardowe dodatki o obsadzie czy wizualnych aspektach filmu, ale jest ich zdecydowanie za mało. W sumie 40 minut plus kilka nie wykorzystanych scen. A przecież kwestia odmłodzenia Kurta Russela sama zasługiwała na minidokument. Całe szczęście, że dostaliśmy komentarz Jamesa Gunna, który w moich oczach dwukrotnie zwiększa wartość tego wydania. A, na płycie jest też montaż gagów z planu – było tak wesoło, jak się mogliśmy domyślać.

„Strażnicy Galaktyki Vol. 2” to film, którego nie da się obejrzeć bez przyjemności. Idealny po ciężkim dniu czy tygodniu. Można mu wybaczyć, że trochę żeruje na swoich bohaterach. Na szczęście obok eksplorowania znanych charakterów pojawiają się takie motywy jak ujarzmienie własnego ego czy niełatwy proces akceptowania samego siebie. No i dostajemy Kurta Russela, a to zawsze plus. Grana przez niego postać, Ego, ma dużo bardziej intymne relacje ze swoją planetą, niż można by się było spodziewać. Zachęcam, żeby samemu odkryć jego tajemnicę.

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *