Złodzieje książek

A czy Ty kochasz książki?

63% osób w Polsce nie przeczytało w zeszłym roku żadnej książki. „Złodzieje książek” to zdecydowanie nie tytuł dla nich. I nie tylko dlatego, że po prostu nie czytają. Niby głównymi bohaterami powieści są bukinierzy (zresztą oryginalny tytuł w dosłownym tłumaczeniu to „Ostatni bukinier), czyli piraci kradnący utwory literackie. Niby, bo tak naprawdę bohaterkami są książki. I nie da się przeczytać tej powieści, nie kochając książek.

Przez większą część powieści Matthew Pearla śledzimy ostatnią misję Pena Davenporta – najsłynniejszego bukiniera. Mamy koniec XIX wieku, zaraz ma zostać podpisane międzynarodowe porozumienie w kwestii praw autorskich i przemycenie rękopisu książki przestanie być wystarczające, by wydać ją w innym kraju. Davenport otrzymuje informację, że Robert Louis Stevenson (autor m.in. „Wyspy skarbów” i „Doktora Jekylla i pana Hyde’a), który przeniósł się na Samoę, właśnie kończy swoje prawdopodobnie ostatnie, najważniejsze dzieło. Podstępem zabiera w podróż swojego pomocnika Ferginsa (i to z jego perspektywy poznajemy całą historię), aby jeszcze raz zrobić to, co potrafi najlepiej – zwiększyć dostępność dzieła literackiego. Do moralności takiej działalności jeszcze wrócę.

„Złodzieje książek” to typowa dla Matthew Pearla mieszanka książki historycznej z przygodową. Świetnie miesza fakty z fikcją (cała koncepcja bukinierów), bawi się słowem i niespiesznie prowadzi akcję. Niestety często zbyt niespiesznie – były fragmenty, które zdecydowanie zyskałyby, gdyby je mocno skrócić albo usunąć. Nie zaszkodziłoby to fabule ani tematyce, na której koncentruje się powieść – sile literatury i temu, kto ma do niej prawo. Chociaż akcja rozgrywa się ponad wiek temu, to trudno nie zauważyć, że nawiązuje do bardzo współczesnego problemu, czyli piractwa.

Dla wielu osób ściąganie filmów czy ebooków z Internetu to chleb powszedni i nie widzą nic w tym złego. Więcej, uważają, że twórcy powinni się cieszyć, bo popularyzują ich dzieła, za które i tak by nie zapłacili, a tak przynajmniej płacą reklamą. Tak w dużym uproszczeniu. Podejście karygodne. Ale czy aby na pewno? Trudno pochwalać kradzież, ale żeby sztuka miała jakikolwiek sens, musi docierać do odbiorców. Inna sprawa, że ludzie są mistrzami w wymyślaniu usprawiedliwień. Jeden z bohaterów w pewnym momencie mówi: „Nie byłem żadnym piratem! Byłem wydawcą! Mamy nadrzędny obowiązek wobec czytelników: pozwolić im czytać!”. Wyobrażam sobie, że jeśli powtórzył to wystarczająco wiele razy, naprawdę w to uwierzył. Ale znowu, nie to takie czarno-białe: „Kiedy ludzie myślą o zamianie żelaza lub innego metalu w złoto, nazywają to alchemią. Znacznie śmielszym przedsięwzięciem jest zamiana oprawionych kart zwykłego papieru w wielką fortunę, ale to zowią działalnością wydawniczą”. Kiedy powieść stają się literaturą? Czy może być literaturą bez czytelników.? A jeśli nie może, to czy autor ma prawo protestować przeciwko, w jego oczach, kradzieży, a zdaniem reszty świat – rytuałów przywołania literatury?

Bohaterowie chcą wyrwać Stevensonowi rękopis nie tylko po to, by się wzbogacić. W zasadzie czasami można odnieść wrażenie, że to najmniej istotny element całej misji. Istotniejsza jest wspomniana na samym początku miłość do książek. Obecnie są coraz częściej traktujemy je jako jeszcze jeden produkt – można je przecież kupić w markecie, tak przy okazji wypadu po środki czystości i płatki owsianek. Powstaje też wiele tworów literaturopodobnych, do których zaliczam dziełka celebrytów czy książki zachęcające, by strony pomazać czy nawet wyrwać. Przez to wszystko literatura zdaje się tracić swoje pierwotne strefy wpływu. Zapominamy, że książki działają po odłożeniu na półkę, a przecież „na tym polega prawdziwa siła książki – nie na tym, co jest na jej kartach, ale tym, co się dzieje, gdy czytelnik bierze ją sobie do serca. Oto prawdziwa definicja literatury”.

„Złodzieje książek” to lektura dla wszystkich książkoholików, który często zastanawiają się, czy to już nałóg, czy jednak wyznanie wiary. Pomimo historycznego anturażu powieść jest bardzo aktualna. Jeśli nie będziemy jej traktować powierzchownie (potrafi znudzić, tempo niestety nierzadko kuleje), a pozwolimy, by zmusiła nas do myślenia o losie literatury, będziemy zadowoleni.

 

A na koniec jeszcze jeden bardzo trafny cytat, pod którym muszę się podpisać:

Pisarze muszą pisać i cierpią, gdy tego nie robią. A później cierpią, gdy piszą. To ciężkie życie, więc gdyby mogli, robiliby coś innego, wszystko jedno co.

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Sonia Draga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *