Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Łatwo utknąć na mieliźnie

To był koniec liceum. Skręciłem nogę, myślałem, że umrę, było mi źle i miałem z głowy weekend oraz mecz w kosza w reprezentacji szkoły. Nie liczyłem, że coś poprawi mi humor, ale wtedy tata wrócił do domu z filmem z wypożyczalni (kto je jeszcze pamięta?). Tym filmem była pierwsza część „Piratów z Karaibów”. Bawiłem się świetnie, młodszy brat również, a i ból zapatrzył się na ekran i odpuścił. Było lekko, zabawnie i z wystarczającym dystansem, żeby wybaczyć filmowi wszystko. A Johnny Depp kradł każdą scenę. Mój ogromny sentyment do tej serii chyba nie może dziwić.

Najnowsza, już piąta część, to próba odświeżenia cyklu. Stąd postać Henry’ego Turnera, syna Wiliama (odgrywanego przez Orlando Blooma). Wprowadzenie kolejnego pokolenia to zawsze sposób na drugą młodość dla filmowej serii. Henry ma dość jasny cel – chce uwolnić ojca spod klątwy. Potrzebuje do tego potężnego artefaktu, Trójzębu Posejdona. Nieoczekiwana pomoc przychodzi ze strony młodej astronomki Cariny Smyth. Tak się składa, że ma tajemniczy dziennik zostawiony jej przez nieznanego ojca, który może pomóc w odnalezieniu Trójzębu. Oczywiście Henry nie jestem jedynym, któremu przydałby się ten przerośnięty widelec.

W najnowszej części „Piratów” występuje Javier Bardem. W sumie mógł odgrywać nawet rzeźbę, a już byłby wartością dodaną. Gra tytułową postać – kapitana Salaza, który za sprawą Jacka Sparrowa wraz załogą wylądował na dnie oceanu i tam został uwięziony. Nic dziwnego, że nie przepada naszym ulubionym piratem. W ogóle nie jest fanem pływających pod piracką banderą i ma zamiar wszystkich eksterminować. Sparrowa w pierwszej kolejności.

Z materiałów dodatkowych można się dowiedzieć, w jaki sposób Bardem podszedł do grania postaci. Salazar z retrospekcji, całkiem żywy, miał być niczym dumny, pełny energii matador. Natomiast Salazar uwięziony, pałający żądzą zemsty miał kojarzyć się ze zranionym bykiem. I dokładnie tak jest! Szkoda, że Bardem nie dostał więcej czasu ekranowego i często tonął w odmętach CGI.

„Zemsta Salazara” cierpi na tę samą chorobę co wiele sequeli – w pewnym stopniu jest odgrzewanym kotletem. Powracają postaci z pierwszej części, kolejny raz Barbarossa i oczywiście Jack Sparrow. Ten ostatni jak zwykle ma w sobie mnóstwo cwaniackiego uroku, ale Johnny Depp leci na zbyt dużym autopilocie, ocierając się o autoparodię. „Piraci” nigdy nie byli typową komedią – komiczne sytuacje pojawiały się w organiczny sposób. Tym razem humor już nie do końca mnie bawił – odniosłem wrażenie, że twórcy zostawili specjalnie miejsce na śmiech publiki, który się nie pojawia, gdy film ogląda się samemu, bez akompaniamentu popcornu. Jest jeszcze jedna opcja – jestem za stary, a film zdecydowanie kierowany jest do nieco młodszego widza.

Na Blu-rayu znajdziemy ponad godzinę dodatkowych materiałów. To klasyczne, stosunkowo krótkie, precyzyjnie zmontowane materiały, którym bliżej do reklam niż dokumentów. Ale i z nich można dowiedzieć się ciekawych rzeczy. O Bardemie już wspominałem. Ale mnie najbardziej ciekawią anegdotki z planu np. takie, że Depp regularnie jamował na gitarze pomiędzy ujęciami. Związki tego aktora z muzyką są o tyle istotne, że on to namówił Sir Paula McCartneya, żeby wcielił się w rolę jego wujka Jacka. Dla słynnego Beatlesa była to fajna przygoda, ale wątpię, by się zdecydował, gdyby zwyczajnie nie kumplował się z Jackiem Sparrowem.

Nieco sztuczna, ale wartościowa jest rozmowa dwojga aktorów, którzy mieli odmłodzić obsadę najnowszych „Piratów”: Brentona Thwaitesa  i Kayi Scodelario. Krótka pogawędka pozwala uzmysłowić sobie, że gwiazdy też potrafią być stremowane, niepewne siebie. To taka lekcja dla każdego z widzów – każdy musi kiedyś zacząć i nie ma drogi na skróty. Całej rozmowie trochę brakuje pazura – podobnie jak nowym bohaterom. Oni tej franczyzy nie pociągną.

W pewnym momencie filmu bohaterowie muszą walczyć ze rekinami-zombie (polecam materiał dodatkowy o tych stworach; zdziwicie się, że nie są w 100% wytworem komputera). Już piąta część serii też mogłaby być takim ożywionym trupem, ale pomimo mankamentów potrafi zapewnić rozrywkę. „Piraci” często łapią zadyszkę, zanika urok oryginału, ale skłamałbym, gdyby powiedział, że nie jestem ciekawy, czy Jack Sparrow powróci na ekrany kin.

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *