Czarnooka blondynka

Noir wiecznie żywy

Czas na wyznanie. Czy wstydliwe to już musicie ocenić sami. Ale do rzeczy – nigdy nie czytałem niczego Raymonda Chandlera. Jestem świadomy charakteru jego prozy – dusznego klimatu, ironicznych komentarzy, rozbudowanych metafor i bohaterów, z których każdy chciałby być pierwszoplanowym. Ale żadna powieść z Philipem Marlowe’em nigdy nie wpadła mi w ręce. Gdy usłyszałem, że na polskim rynku pojawi się „Czarnooka blondynka” Benjamina Blacka (pseudonim Johna Banville’a), w której wspomniany Marlowe powraca na powieściowe karty w roli pierwszoosobowego narratora, stwierdziłem, że nadszedł czas na spotkanie ze słynnym detektywem. Pytanie, czy sens, by książkę oceniała osoba, która nie zna pierwowzoru. Moim zdaniem zdecydowanie tak. To jasne, że powieść miała skusić zadeklarowanych fanów Chandlera. Ale jej jedynym atutem nie powinno być umiejętne dojenie nostalgii, prawda?

Marlowe, jak przystało jak prywatnego detektywa, nie ma stałego zajęcia. Kredytu hipotecznego raczej by nie dostał. Tym bardziej, że nawet nie stara się znaleźć się sobie tego zajęcia. Ale i po co, skoro sprawy samego do niego przychodzą? Tym razem w postaci Clare Cavendish, stereotypowej femme fatale, tytułowej czarnookiej blondynki, a przy okazji przedstawicielki perfumeryjnego rodu. Przybysz z zupełnie innego świata niż Marlowe. Ale za to zadanie ma odpowiednie dla kogoś, na kogo zazwyczaj patrzy z góry. Chciałaby, żeby detektyw odnalazł jej byłego kochanka, pana, któremu hobbystycznie zdarzało się sprzedawać narkotyki i bawić w agenta pomniejszych hollywoodzkich gwiazdek. Problem w tym, że szybko okazuje, że Nico (bo tak mu na imię) kopnął w kalendarz, ale są też osoby, które nie tak dawno widziały go żywego. To, co miało być prostą sprawą dla zabicia czasu, okazuje się być wstępem do zagmatwanej intrygi.

Można z kimś rozmawiać, wypowiadając na przemian kilka, kilkanaście słów. Wtedy rozmowa jest krótka, treściwa i jest spora szansa, że nikt nikogo nie zabije przed jej końcem. Ale można rozmawiać inaczej. Każdą wypowiedź poprzedzać wnikliwym spojrzeniem, które ma przeszywać duszę. Albo chociaż wydobywać na powierzchnie skrywane tajemnice. Bo przecież każdy ma tajemnice. A jeśli nie ma, to może lepiej spreparować takie tajemnice, bo to przecież podejrzanie nie mieć tajemnic. Już chcecie coś powiedzieć, gdy przychodzi Wam na myśl błyskotliwa metafora. Trochę traci na błyskotliwości w momencie wypowiadania, ale to nie ma znaczenia, bo już myślicie nad ripostą. Najlepiej dwuznaczną, ale nie musi być szybka, scena poczeka.

Wyzłośliwiam się? Jasne! Trudno zarzucać Blackowi taki, a nie inny styl, skoro poniekąd został wynajęty do napisania sequela i musiał zgodzić na reguły gry. A przecież Chandler lubił niespieszne tempo i tworzenie atmosfery pełnej niedopowiedzeń. Marlowe wciąż ma autodestrukcyjne ciągoty, zasady, dla których gotowy jest umrzeć, chociaż gołym okiem widać, że nie warto. Black stworzył powieść przestylizowaną, a mimo te czyta się ją dobrze. Jednak cały czas mamy wrażenie, że podczas pisania każdego akapitu, zastanawiał się, jak oddać charakter pierwowzoru, a nie poprowadzić opowieść.

Sam Marlowe to najmocniejszy element „Czarnookiej blondynki”. Może i warto by było ukrócić niektóre wewnętrzne monologi, ale trudno nie sympatyzować z cynicznym detektywem, który wie, że nic nie poprawia smaku drinka tak jak świeże rany na twarzy. Trzeba docenić język, jakim napisano powieść. Tu i tam jest o zdanie za dużo, ale zdecydowaniem mamy do czynienia z opowieścią noir pełną gębą. Black koncentruje się jednak na wierzchniej warstwie i świata, i bohaterów. A przecież Los Angeles to miasto, w którym zrzucenie pierwszej maski jest dopiero zaproszeniem do poznania danej osoby. Dlatego „Czarnooka blondynka” sprawia czasami wrażenie wydmuszki – zaprojektowanej, a nie wyczarowanej. Momentami kojarzyła mi się trochę z filmem „Gangster Squad”, w którym fantastycznie ucharakteryzowani aktorzy ostrzeliwali się w slow motion z tommy gunów, ale reżyser zapomniał, że słynna epoka i miasto grzechu mają do zaproponowania nieco więcej niż efekciarskie scenki.

Tajemnicza piękność, detektyw, któremu wszystko jedno, ale wielkie serce nie pozwala mu wszystkiego olewać, zaginiona walizka, klasyczne przedawkowanie, Hollywood, niewygodna przeszłość – te wszystkie składniki (i wiele więcej) znajdziecie w „Czarnookiej blondynce”. Nieprzypadkowo pojawiają się także w innych kryminałach noir. Nowe przygody Marlowe’a dostarczą Wam rozrywki, ale nie liczcie na to, że będziecie długo je wspominać. Czas rozwieje je niczym wiatr dym z ostatniego papierosa przed zmrokiem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Albatros.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *