Tank Girl 1

Subtelność na poziomie czołgu

Dzieła popkultury mają to do siebie, że często szybko się starzeją. Mamy rzecz jasna ponadczasowe klasyki jak „Ojciec chrzestny” czy „Obcy”, ale czasami film/serial/książka/komiks już po paru latach wydaje się wyjątkowo nieświeży i udajemy, że nigdy go nie degustowaliśmy. Dlaczego o tym piszę? Wydany przez Non Stop Comics tytuł – pierwszy tom Tank Girl zbiera komiksy, które zaczęły ukazywać się w 1988 roku. Także mamy na horyzoncie trzydziestolecie. Czy było sens niejako wskrzeszać taką bohaterkę?

Zdecydowanie tak (i cały suspens poszedł…). Popkultura wciąż cierpi na brak wyrazistych bohaterek. Mieliśmy w tym roku „Atomic Blonde” (piękny niewypał) i „Wonder Women”, ale sukces tego drugiego filmu uznawać za zwiastun wielkich zmian. To raczej właśnie niezaspokojone pragnienie obserwowania poczynań protagonistek. Poza tym w porównaniu do innych dzieł DC, takich jak „Suicide Squad”, film z Amazonką rzeczywiście jest arcydziełem. Ale sama Wonder Man wciąż jest damą w opałach, która jednak sama z tych opałów potrafi się uratować. Ładnie ubrana, dobrze wychowana i pełna idealistycznych celów. Czy takiej bohaterki potrzebujemy? Chyba nie. Na szczęście Tank Girl jest zupełnie inna.

Tank Girl jest totalnie niepoprawną krejzolką, która przemierza australijskie pustkowia w czołgu, za nim mając wszelkie konwenanse. Dodajmy do tego charakterystyczną fryzurę, niewybredny język i wysoką tolerancję – zdarza jej się prowadzać z kangurem. Istne keine grenzen. Nie myślcie, że Tank Girl będzie ratować świat – ma trochę inne priorytety. W jednym z odcinków zdobywa magiczny szlafroczek, na który robił zakusy sam Lucyfer i musi sobie jakoś poradzić z jego propozycjami. Innym razem wypadają właśnie urodziny Tank Girl, a jedynym dostępnym piwem są jakieś szczyny – na reszcie zapasów swoją łapę położyła mafia. Tank Girl nie może tak tego zostawić – w towarzystwie koleżanek zamierza odbić ładunek, bo czy jest coś ważniejszego od browaru?

Tematyka i tempo opowieści są doprawdy szalone. Mogą kojarzyć się (także ze względu na scenerię) z ostatnim „Mad Maxem”. W sumie nic dziwnego, bo twórcy inspirowali się tym bohaterem (rzecz jasna w czasach, gdy grał go jeszcze Mel Gibson). Postapokaliptyczna energia wprost wylewa się z komiksowych paneli. Stworzyć komiks mogła tylko banda młokosów, która żadnego pomysłu nie uznawała za zbyt szalony. Młody wiek twórców był też odpowiedzialny za szczeniacki humor (ale z wysoką skutecznością żartów) i istną eksplozję detali w poszczególnych kadrach. Rysunki są czarno-białe, więc nie było szans na zamaskowanie braków kolorami. Pewna kreska i chirurgiczna precyzja pozwoliły stworzyć małe arcydziełka, generatory oczopląsu – niebezpiecznego, uzależniającego, a zarazem bardzo pożądanego.

„Tank Girl” to sztubacki komiks, który pokazuje, że brak doświadczenia często jest atutem. W momencie rozpoczynania prac nad serią Jamie Hewlett (rysunek) i Alan Martin (scenariusz) musieli być niewyżyci. Bardziej podniecające dla nich było to, że w ogóle mogli stworzyć taką postać jak Tank Girl, niż sam fakt, że była bezpruderyjna i wyzwolona seksualnie, a absurdalne sytuacje, w którą ją wrzucali, stawały się doskonałym pretekstem do rysowania wyzywających kresek.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

PS. Jamie Hewlett nie zakończył swojej kariery na stworzeniu Tank Girl. Jest jednym z współzałożycieli zespołu Gorillaz. O ile o Tank Girl mogliśmy nie słyszeć, to zgaduję, że wspomnianym zespole już tak.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *