Wonder Woman

Hołd dla równości

„Wonder Woman” spełnia głównie dwie funkcje. Przede wszystkim film Patty Jenkins przełamał mrok typowy dla DC Universe – jeszcze trochę, a tych filmów nie dałoby się oglądać w kinie, bo byłoby po prostu za ciemno. A przecież warstwa wizualna to tylko ułamek problemów takich filmów jak „Batman v Superman” czy „Man of Steel”. Drugą, ważniejszą z punktu widzenia kinematografii, funkcją jest wreszcie danie superbohaterce własnego filmu zamiast roli dekoracji w produkcji o bardziej znanym herosie. Oba zadania „Wonder Woman” realizuje sprawnie, ale sam film mnie nie porwał. Żeby nie było – zrealizowany jest świetnie (nawet jeśli CGI czasami nie domaga), nie ma zbędnych wątków, tempo nie zawodzi i nawet humor został ładnie wkomponowany. Można się na nim świetnie bawić, ale historia niczym mnie nie zaskoczyła poza świeżą scenografią.

Wiele osób zarzuca filmowi, że w rzeczywistości jest wysokobudżetową feministyczną propagandą. Niewątpliwie promuje on kobiece bohaterki i stawia akcenty na nieco inne wartości, ale czy to problem? To po pierwsze. A po drugie – skoro twórcy poszli tą drogą, znaczy to, że mieli powody, np. niedobór tego typu produkcji. Sztuka powinna zachęcać do zadawania niewygodnych pytań. W mojej ocenie twórcy mieli poczucie misji. Być może dlatego cała historia została nieco uproszczona, a forma pozbawiona eksperymentalnych rozwiązań, by mieć pewność, że przekaz będzie jasny, a co za tym idzie – mocniejszy. Jestem też przekonany, że nie ma nic przypadkowego w obfitującym w dodatki wydaniu Blu-ray.

Dwie godziny extrasów to wciąż nic w porównaniu do materiałów zza kulis dołączanych do „Hobbita”, ale jak na ostatnie hollywoodzkie standardy – sporo. Taki blockbuster jak „Wonder Woman” to ogromne przedsięwzięcie, tym bardziej, że zastosowano wiele efektów praktycznych i wybudowano imponujące plany zdjęciowe. Chris Pine w jednym z dodatków mówi, że czasami buszował po pomieszczenia i znajdował np. postarzane notatki w języku niemieckim w miejscach niewidocznych dla kamery. Dbałość o detale robi wrażenie, ale nie była to sztuka dla sztuki – chodziło o to, by aktorzy jak najłatwiej mogli wczuć się w swoich bohaterów.

Jednak dodatki wcale nie koncentrują się na realizacji tych najbardziej efektownych scen czy zjawiskowych kostiumach. Dużo więcej miejsca zostało poświęconego samej bohaterce, Wonder Woman. Twórcy przekonują nas, że jest inną postacią od pozostałych dwóch filarów DC – Supermana i Batmana. Swoją drogą, najkrótszy opis tej trójki to odpowiednio kosmita (Superman), człowiek (Batman), bogini (Wonder Woman). Pochodzenie różne, ale w przypadku panów dużą częścią ich DNA jest przemoc, próba jej ujarzmienia, wyrwania się spod jej kontroli. Obaj herosi muszą zmagać się ze swoją przeszłością, przepracowywać kolejne traumy. Wonder Woman jest inna, chciałoby się rzec bardziej banalna. Ale może to wina rozwoju popkultury i promocji antybohaterów (takich jak Walter White, Dexter Morgan, Tony Soprano, a także doktor House, że tak serialowo polecę), że bohater, który koncentruje się na byciu bohaterem wydaje nam się płaski? Po obejrzeniu kilku z dodatków zacząłem patrzeć na cały film nieco inaczej. Może nie zaczął mi się bardziej podobać, ale zrozumiałem pewnie decyzje scenariuszowe.

Wśród dodatków znajdziecie też relację z przygotowań aktorek wcielających się w rolę Amazonek. Ich zaangażowanie i pasja niejedną osobę zachęcą, żeby zapisać się na siłownię. Kobiety opowiadają również, jak przemiana fizyczna miała wpływ na ich życie wewnętrzne, poczucie własnej wartości i wiarę we istotność własnych planów. Pomogło im to odzyskać/umocnić kontrole nad własnym życiem. Zazwyczaj w takich materiałach obserwujemy panów, który wyciskają kolejne kilogramy na ławeczkach i prężą muskuły. Koncentracja na stronie fizycznej niemal w 100%. Amazonki są miłą odmianą.

W innym materiale pokazano, jak wiele kobiet pracowało przy „Wonder Woman”. Nie tylko reżyserka, ale i osoby odpowiedzialne za scenografię czy kostiumy i wiele innych. Ekipa zwróciła uwagę, że rzeczywiście atmosfera na planie była inna, pełna dobrej energii, przekonania, że nie tworzą filmu, lecz są orędowniczkami zmiany. Na plan zaproszono też młode dziewczęta, który marzy się praca związana z kinematografią. Nastolatki z przyjęciem słuchały i obserwowały, jak pracują dużo starsze koleżanki. Warto też zauważyć, że ich marzeń nie było zostać drugą Gal Gadot i realizować jako aktorka czy modelka. Dzięki tej wizycie zrozumiały, jak wiele osób współtworzy film i że dla kobiet jest więcej pracy niż przyjęło się uważać. Wszystko pięknie, ale podczas oglądania tego minidokumentu myślałem tylko o jednym – podkreślanie roli kobiet oznacza, że to „Wonder Woman” było ewenementem, a nie normą. Gorzka to konstatacja.

Spokojnie, nie brakuje też materiałów bardziej technicznych. Mnie wyjątkowo zaciekawiło, że Patty Jenkins zasugerowała Matthew Jensenowi (odpowiedzialnemu za zdjęcia), by przyjrzał się twórczości Johna Sargenta – uznanego amerykańskiego portrecisty. Charakterystyczne dla niego są twarze doświetlone od przodu, ale niknące w ciemności po bokach. Mając tę wiedzę, inaczej oglądamy film i rzeczywiście dostrzegamy inspirację. Gra światłem była istotna, biorąc pod uwagę, że film rozgrywa się podczas I wojny światowej. Tego jeszcze nie było w kinie superbohaterskim i wymagało indywidualnego podejścia. Reżyserka jednak jasno powiedziała, że zgodność historyczna nie była dla niej najważniejsza – liczyła się odpowiednia atmosfera całego widowiska. Bardzo słusznie, mówimy o popkulturze, która nie powinna być niewolnikiem scenografii.

„Wonder Woman” to film dla fanów wartości, a nie określonego typu bohaterów czy stylistyki. Nie ma gwarancji, że miłośnicy komiksów się nim zachwycą. Ale ci, którzy szukają hołdu dla równości, poświęcenia, odwagi i niezłomności poczują się jak w domu.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *