5 składników

Koniec wymówek

Przyznajcie się – kiedy ostatni raz zajrzeliście do fast fooda albo odgrzaliście w piekarniku mrożoną pizzę, albo wpadliście do mamy/teściowej po resztki z obiadu, bo stwierdziliście, że nie macie czasu na gotowanie, a przede wszystkim na zakupy? A nawet jeśli znaleźlibyście jakimś cudem czas na zakupy, to potem na pewno zabrakłoby Wam miejsca na przechowywanie niezużytych składników? No ile razy tak ostatnio zrobiliście? Wy nie musicie odpowiadać, ale ja muszę – ostatnio wiele razy, a w zasadzie prawie za każdym razem. W znajdowaniu wymówek jestem dobry, co w tym przypadku jest dziwne, bo w sumie lubię gotować. Na szczęście trafiła do mnie książka „5 składników” Jamie’ego Oliviera, która ma szansę uratować taki beznadziejny przypadek jak ja.

Idea tej książki kucharskiej jest dość prosta – do przygotowania każdego z posiłków (niezależnie od tego, czy to sałatka, danie główne czy deser) potrzeba jedynie 5 składników. W dodatku czas potrzebny na zrealizowanie większości przepisów to około 15-20 minut. Od razu trzeba jednak przyznać, że Jamie uciekł się do małego fortelu. Niby mowa o 5 składnikach, ale do tego dochodzą jeszcze składniki bazowe. Można to jednak Jamie’emu wybaczyć, bo raczej oliwa czy pieprz i sól to nie są rzeczy, po które trzeba wybierać się do ekskluzywnych delikatesów.

Rzućmy okiem na spis treści. Są w nim wyszczególnione takie działy jak sałatki, pasta, ryby, wołowina, ryż i makaron czy słodkości (mój faworyt, kocham słodycze). Autor nie jest wegetarianinem, ale we wstępie zachęca, żeby zwiększyć liczbę posiłków opartych na warzywach, a jeśli już sięgać po mięso, to zawsze po to wysokiej jakości i z ekologicznej hodowli. Chociaż wiele przepisów zawiera ryby czy mięso, to nie martwcie się – jest również rozdział zatytułowany „warzywa”. Jeśli jesteście wege, tych prawie 30 stron na pewno Was zadowoli.

No dobrze, ale istotą książki kucharskiej są przepisy. Jak zatem wypadają? Krótko mówiąc – bardzo smakowicie. Podczas pierwszej lektury zainteresowały mnie (czyli byłbym w stanie szybko sam je zrobić i pociekła mi ślinka na myśl o gotowym dziele) receptury na sałatkę z tuńczykiem i fasolą, dziki ryż z wiśniami i boćwiną, surówkę marchewkową tahini (w końcu dowiedziałem się, czym jest dressing tahini, hurra!), bardzo zielone spaghetti czy czosnkowe pieczarki z pieca. Jak widzicie, jestem dość prostym człowiekiem o niewysublimowanym podniebieniu. W książce znajdziecie też bardziej wyrafinowane dania. Jakie? Musi sprawdzić sami. Warto dodać, że w przepisach nierzadko pojawią się z mojego punktu widzenia dość egzotyczne składniki jak dynia piżmowa, mięso kraba, kiełbasa ‘nduja, kiszone limonki czy imbir w syropie. Czy to źle? Na pewno trochę ogranicza to możliwość zaopatrzenia się w dowolnym markecie po drodze do domu, ale z drugiej strony zachęca do sprawdzania nowych smaków. Takie składniki nie pojawiają się jednak w co drugim przepisie, więc nie ma ryzyka, że będziecie głodować, próbując się najeść zdjęciami.

Zainteresował mnie dział ze słodkościami – jestem w pewnym kręgach znanym łasuchem. W ciągu dnia odmawiam sobie słodyczy, bo wiem, że po powrocie do domu nie będzie odwrotu – rzucę się na cukiernicze zapasy. Zastanawiałem się, co można wyczarować przy pomocy zaledwie 5 składników, bo przepisy na ciasta zazwyczaj są bardziej rozbudowane. Jamie stosuje triki i korzysta np. z gotowego ciasta francuskiego, ale wiecie co – znowu mu wybaczam. Wybaczam m.in. za ciasto z nadzieniem migdałowym (ze względu na bliskie pokrewieństwo migdałów z marcepanem) czy żytnie ciasteczka czekoladowe (w ich składzie wyróżnia się chleb, muszę przetestować). Swoją drogą w niektórych przepisach pojawia się mąka samorosnąca, której w Polsce raczej się nie używa – szkoda, że zabrakło wyjaśnienia, że to gotowa mieszkanka mąki, proszku do pieczenia i sody.

„5 składników” Oliviera można podsumować krótko – koniec z wymówkami, czas się wziąć do roboty. Naprawdę zmotywowały mnie te przepisy i na pewno przetestuję co najmniej kilka. Tym bardziej są bardzo, hmm, zoptymalizowane. Jamie stara się wykorzystywać składniki w 100% i np. z odkrojonego od mięsa tłuszczu przyrządza skwarki. A w innym przepisie zachęca, by na łososia ugotować na parze pochodzącej z garnka z gotującym się ryżem. Sprytnie. I taka sprytna jest cała ta książka.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *