Hygge po polsku

Cudze chwalimy swego nie znamy

Zastanawiałem się, czy warto brać się za „Hygge po polsku”, skoro nie byłem zaznajomiony z oryginalnym hygge, tym duńskim. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, czym mniej więcej jest ta filozofia, bo w zeszłym roku opanowała Instagram i nie tylko. Nigdy nie czytałem jednak żadnej książki bezpośrednio związanej z tym tematem celebrowania codzienności. Na szczęście Iza Wojnowska we wstępie podała zwięzły opis hygge, który ja streściłem do odnajdywanie szczęścia w okruchach codzienności. Definicji jest rzecz jasna więcej i żadna nie może uzurpować prawa do tej jedynej, prawdziwej. Brzmi to pretensjonalnie, ale hygge trzeba poczuć, a nie zrozumieć na analitycznym poziomie.

Gdy wziąłem do ręki książkę, mój wewnętrzny cynik od razu zaczął się wyzłośliwiać – gdzie my tu gadamy jak jakimś hygge, pięknych i harmonijnych wnętrzach, pastelowych emocjach, gdy w kraju panuje bieda, działalność polityków doprowadza do rękoczynów, ale ludzie zamiast wić swe gniazdka, coraz częściej uciekają za granicę. Próby naśladowania Skandynawów wydawały mi się trochę śmieszne i pretensjonalne. Taka próba nie tyle kreowanie, co wręcz zaprzeczania rzeczywistości. I właśnie wtedy zakneblowałem wewnętrznego cynika. Bo kto ma kreować tę rzeczywistość jak nie my?

Jak to zwykle bywa – pozory mylą. Manifestacją hygge są minimalistyczne zdjęcia w stylu scandi. Do tego wszechobecne swetry, dłonie obejmujące kubeczki. Wszystko w jasnych barwach, wszystko sugerujące sielankę. Ale to tylko zdjęcia, zdjęcia zrobione pod kątem publikacji w social media. A hygge to zdarzenia, emocje, relacje, których dokumentować wcale nie trzeba.

„Hygge po polsku” zbiór opowieści ludzi, którzy próbują opowiedzieć, czy jest dla nich hygge. Dla niektórych to doglądanie pszczół w pasiece, dla innych zapach świeżo upieczonego domowego chleba. Z kolei 30-letnia tłumaczka Ola mówi, że dla niej „hygge jest miękkie i pluszowe” – jej tygrysia maskotka potrafi przywołać poczucie beztroskiego bezpieczeństwa z czasów dzieciństwa. Poczytacie też o pensjonacie na Sri Lance, który ma w menu swojskie schabowe, oraz dlaczego Peter i Darek zorganizowali w Warszawie pchli targ. Wszystkie te historie wydają się być bardzo różne, ale łączy je ulotne, tytułowe hygge – docieranie do, a przede wszystkim słuchanie swoich najbardziej podstawowych potrzeb.

Jeśli liczycie na wycyzelowane wnętrzarskie zdjęć, to nie znajdziecie w tej książce niczego dla siebie. Fotografie mają raczej reportażowy charakter, nawiązują do przytaczanych historii i nie mają wprawiać w zachwyt za sprawą pomysłowych kadrów i idealnego oświetlenia – raczej dopełniają poszczególne historie i pozwalają nam lepiej zrozumieć, czemu w pozornie zwyczajnych chwilach jest coś więcej.

Nie wiem, czy stanę się wyznawcą hygge, ale na pewno spojrzę trochę inaczej na otaczającą mnie rzeczywistość. Może pozwolę sobie na dłuższy oddech, przemyślę życiowe priorytety. Już samo czytanie „Hygge po polsku” sprawiło, że potrafiłem się wyciszyć w pociągu, a stukot kół zamiast jak zwykle mnie irytować, przywołał wspomnienia rodzinnego wyjazdu nad morze.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *