Król Artur

Cwaniak z Camelotu

Jaki pomysł na Król Artura miał Guy Ritchie? Zejść do poziomu street level, pokazać Artura jako charyzmatycznego cwaniaka, który z bandą wyrzutów sięga po swoje. Zamysł dobry, ale gorzej z wykonaniem. Ritchie postanowił redefiniować legend. Sama koncepcja, żeby postać Artura potraktować inaczej, po swojemu, bardzo mi pasowała. W końcu ile można oglądać remake’ów i kolejnych, stosunkowo wiernych adaptacji tych samych historii? Niestety Ritchie dostał za duży budżet przez co produkcja jest ekstremalnie rozbuchana. Zdecydowanie za dużo w niej CGI, a czasami można odnieść wrażenie, że ogląda się dziwny spinoff „Władcy pierścieni”. Oczywiście nie brakuje elementów typowych dla filmów Ritchie’ego jak chociażby humor. Momentami rzeczywiście jest trafiony, ale reżyser przyzwyczaił nas do większego stężenia celnych ripost. Tutaj dość często elementy komediowe są na siłę. Jakby twórcy byli przekonani, że stworzyli tak wyrazistych bohaterów, że czego by nie zrobili, czego by nie powiedzieli, będziemy to chłonąć z zapartym tchem. Nie do końca się udało. Film miał być fundamentem całej serii i zapewne stąd np. brak postaci Merlina. Klapa finansowa raczej nie daje nadziei na sequele.

W recenzji „Wonder Woman” pisałem, że materiał o przygotowaniu fizycznym miał nietypowy charakter – istotniejsze były wewnętrzne metamorfozy. W przypadku „Króla Artura” jest inaczej. Już sam tytuł dokumentu, który znajdziecie na Blu-rayu – „Artur with Swagger” – w zasadzie mówi wszystko. Chodziło o to, by pokazać, jak wielkim badassem był Charlie Hunnam (którego swoją drogą bardzo lubię, głównie za „Sons of Anarchy”). Charlie bez koszuli, Charlie nakręcający się przed ujęciem, Charlie wyciskający na ławeczce kolejne kilosy, Charlie wskakujący do lodowatej wody, Charlie wykonujący swoje sceny kaskaderskie. Ogląda się świetnie, ale niedosyt pozostaje. A może to zazdrość, bo sam chciałbym być jak Charlie? Niewątpliwie ma chłopak charyzmę, a jego wersja cwaniakowatego, nieco zakapiorskiego Artura bardzo mi podpasowała.

Podczas kręcenia wykorzystano bardzo wiele plenerów, twórcy postarali się, żeby wyglądało to brytyjsko i klimatycznie. Tam gdzie, gdzie CGI nie zamroczyło reżysera, wygląda to świetnie – niczym materiały z wspomnianego wcześniej „Władcy pierścieni”. Film trochę nie może zdecydować się na jedną stylistykę. Podobnie jest z walkami. Czasami przypominają starcie z bossem w grze wideo, a innym razem widać ogromną pracę wykonaną przez instruktorów sztuk walki i choreografów. Co ciekawe, sam Hunnam nigdy wcześniej nie miał do czynienia z walką bronią białą (pomijając potyczki ze starszym bratem na podwórku).

Excalibur – miecz legendarny, ale jakby nie patrzeć wciąż miecz, kawał żelastwa. A jednak na jego zaprojektowanie poświęcono dobrych kilka tygodni. Wykonano mnóstwo prototypów, czasami odrzucano projekt, gdy było już chwilę od zaakceptowania. Finalna wersja powstała 4 dni przed rozpoczęciem zdjęć. Reżyser chciał „generic sword with a twist” – klasyka z pazurem. Żadnych udziwnień, strzelających błyskawic itp. I nie myślcie, że powstawał jeden miecz, ten jedyny, który traktowano niczym relikwię. Wykonano około 40 egzemplarzy – metalowe (tępe i ostre), a także mnóstwo gumowych (twardych i miękkich) do walk.

Choć poświęcono mnóstwo czasu na dopracowanie szczegółów, zbudowano fantastyczne plany zdjęciowe, a aktorzy przygotowali się w imponujący sposób, to zabrakło odpowiedniego spoiwa w postaci lepszego scenariusza. Wszystko miało być wielkie, imponujące, ale przecież u Ritchie’ego nigdy nie było to najważniejsze. Powinien wrócić do korzeni i opowieści urzekających dialogami, które posuwają akcję do przodu. Swoją drogą, gdyby bohaterowie w „Królu Arturze” dogadywali się ze sobą tak dobrze jak sam Ritchie z Hunnamem w materiałach dodatkowych, filmowi wyszłoby to na dobre.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *