Odrodzenie 1

Całkiem świeży ten odgrzewany kotlet

Czy możemy jeszcze mówić o modzie na zombie? Jeszcze parę lat temu faktycznie widoczny był wysyp seriali czy filmów, ale obecnie produkcja o zombie to produkcja o zombie, a nie przejaw podążania za modą. Dlaczego w ogóle o tym piszę? W „Odrodzeniu” istotną rolę odgrywają żywe trupy, chociaż nikt ich tak nie nazywa, a tym bardziej nie obraża ich mianem zombie. No bo jak można byłoby tak mówić do kochanej babci czy siostry, którą już pożegnaliśmy, a ona powróciła i zachowuje się w zasadzie normalnie (i wcale nie ciągnie jej do tatara z mózgu)?

Pomysł na serię od razu przypadł mi do gustu, bo pozwala autorom zadawać ważne pytania w nietypowy sposób. Czy naprawdę pragniemy nieśmiertelności? Czy potrafilibyśmy na nowo przyjąć do naszego życia osobę, którą już pożegnaliśmy? Chociaż jesteśmy świadomi swojej śmiertelności, śmierć bliskich zawsze bardzo przeżywamy. Wrócić (nomen omen) do żywych po tragedii nie jest łatwo. Musi się w nas coś zmienić. Czy po tej wewnętrznej zmianie bylibyśmy gotowi żyć w towarzystwie osoby, której powinno już nie być wśród nas? To ciekawe, że taką egzystencjalną tematykę udało się wcisnąć do prowincjonalnego noir (jak swoje dzieło określają sami autorzy).

Akcja „Odrodzenia” rozgrywa się w niedużej miejscowości w stanie Wisconsin. Nie jest to może dziura zabita dechami, ale jest na tyle mała, że szeryfem jest brodacz z zasadami, a jedną z funkcjonariuszek jego córka. Miasto musi zmierzyć się z niezwykłym fenomenem (dla niektórych cudem, a innych wręcz przeciwnie – aktem działalności Szatana) – powrotami zmarłych. W komiksie nie brakuje śledztw, ale generalnie ma charakter raczej obyczajowy. Możemy obserwować jak z nową sytuacją radzą sobie mieszkańcy i rodziny odrodzonych. Fascynujące jest, jak tego typu wydarzenia polaryzują społeczność. Błyskawicznie pojawiają się osoby przerażone sytuacją. Ale mamy też ludzi, którzy za wszelką cenę chcieliby się dostać do objętego kwarantanną miasteczka i doświadczyć tego cudu.

Kreska Mike’a Mortona jest poprawna, ale jak na mój gust nieco zbyt superbohaterska. Za ładne te buźki, za jasne te kadry. Brakuje zabawy półcieniem i prowincjonalnego brudu. Wszak historia nie jest lekką opowiastką – obserwujemy ludzkie dramaty, których śmierć była dopiero początkiem. Aż prosi się nie tyle o bardziej realistyczną warstwę wizualną, lecz mniej jednoznaczną. Mike, pozwól nam się trochę podomyślać!

Na pewno sięgnę po kolejny tom „Odrodzenia” – główny motyw ma ogromny potencjał. A ponieważ dochodzą do tego wszystkiego jeszcze duchy i demony, to możemy spodziewać się jeszcze bardziej pokręconej fabuły. Ważne jednak, by autorzy nie zapomnieli o aspekcie obyczajowym, bo pomimo tej całej fantastycznej otoczki to on wydaje mi się najciekawszy.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

PS. Jeśli ktoś szuka makabry, to „Odrodzeniu” trochę jej znajdzie:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *