Westworld (sezon 1)

Bardzo Dziwny Zachód

W ostatnich latach science fiction w popkulturze to w dużej mierze kosmici, różne inwazje, sięganie w kierunku gwiazd i tak dalej. Jednak wiele z tych tworów, którym przyczepiano etykietę sci-fi, znacznie bliżej do fantasy czy space opery. A przecież fantastyka naukowa nie musi opowiadać o kosmicznych podbojach. Dlaczego tak ucieszyło pojawienie się w ramówce HBO serialu „Westworld” – to powrót do korzeni.

Zaraz, zaraz – pewnie powie część z Was – o czym tym mówisz? Co ma wspólnego western z science fiction? Jeśli naprawdę nic nie słyszeliście o „Westworld”, spieszę z wyjaśnieniami. Faktycznie wiele scen rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, ale to tylko pozory. W rzeczywistości bohaterowie przebywają w ogromnym parku rozrywki, w którym większość mieszkańców to tzw. gospodarze – androidy na pierwszy i drugi rzut oka nieodróżnialne od człowieka. Goście mogą poczuć się jak pionierzy, zabawić w saloonie, zastrzelić kilka osób, spalić wioskę… Przemoc eskaluje szybko, gdy puszczają hamulce. Sounds like fun, right? Cóż, nie dla androidów.

No właśnie, i od razu ujawnia się główny motyw serialu – czy powinniśmy przejmować się losami gospodarzy? Skasowany android wraca do warsztatu, jest naprawiany, a potem odstawiany do parku. Oczywiście wymazywana mu jest pamięć (chociaż skuteczność tego procesu jest dyskusyjna). Czy takie podejście jest w porządku? W końcu nikt się nie oburza, że zużyty toster wyrzucamy do śmieci (poza eko-freakami). Tylko że w przypadku androidów bardziej przypomina to relację pan i niewolnik, a chyba ludzkość jest zdążyła przerobić ten temat i zrozumieć, że nie tędy droga.

W materiałach dodatkowych jeden z twórców zdał kluczowe pytanie: „Jak bardzo mielibyśmy przerąbane, gdyby gospodarze pamiętali, co im zrobiliśmy?”. Sam fakt, że zadajemy takie pytania, sugeruje, że jest coś na rzeczy. Chcemy udawać, że gospodarze to tylko komputery o ludzkich kształtach, ale nie potrafimy tego zrobić, bo podświadomie rozumiemy, że nieorganiczność nie oznacza braku świadomości. Inna kwestia, czy tylko do czegoś organicznego mogą zrodzić się uczucia. To również motyw lubiany przez twórców sci-fi, który ciekawie został ograny np. w „Her”, ale też w ostatnim „Blade Runnerze”. Twórcy „Westworld” zmuszają nas też zastanowienia, czy traktując źle coś, co sam stworzyliśmy, możemy czuć się usprawiedliwieni. W końcu to owoc naszej pracy, więc powinniśmy decydować o jego losie. Niby proste. A jakby spojrzeć na dzieci również jak na coś, co stworzyliśmy? Od razu wspomniana podstawa wydaje się nie tyle nieodpowiednia, co niedopuszczalna.

Sam serial to top topów. Dostajemy świetne aktorstwo (w obsadzie mamy m.in. Anthony’ego Hopkinsa, Ed Harrisa czy Jefreya Wrighta), misternie utkaną intrygę i fantastyczną realizację. W materiałach dodatkowych twórcy opowiadają, jak ważne było dla nich stworzenie perfekcyjnej iluzji. W zasadzie to iluzja to było za mało. Skoro my, widzowie, mieliśmy uwierzyć, że doświadczenie bohaterów serialu jest totalną imersją, to aktorzy musieli uwierzyć, że znajdują się w pionierskim miasteczku na Dzikim Zachodzie. Stąd ograniczenie do minimum CGI, green screenów i realizatorskich trików, które może ułatwiłyby kręcenie, ale utrudniałyby aktorom przeniesieniem się ciałem i umysłem do XIX wieku.

Na Blu-rayach oprócz odcinków znajdziecie również materiały typy making of. Serial porusza tak ciekawą tematykę, że mogłoby by jej być więcej, ale lepszy rydz niż nic. Szczególnie zainteresował mnie dokument o wykorzystaniu muzyki. W serialu nie bez powodu pojawiają się znane utwory („Paint It Black”, „Black Hawk Down” czy „Back In Black”), chociaż w ascetycznych, fortepianowych aranżacjach. Mogłoby się wydawać, że sięganie po hiciory to droga na skróty – lubimy to, co znamy, więc taka muzyka powinna dawać kopa każdej scenie (jak ostatnio np. Led Zeppelin czy Queen w co drugim trailerze) – ale nie w tym przypadku, bo wykorzystane w „Westworld” utwory na pierwszy rzut ucha bywają nierozpoznawalne. Nie ma więc tego efektu co przy klasycznym wykorzystaniu hitu. O co więc chodziło? Twórcy chcieli stworzyć u widza wrażenie, że coś zna, coś mu się kojarzy, ma déjà vu, przez dłuższą chwile czuje się zagubiony, nie potrafi nazwać piosenki. Dzięki temu widz czuje się niczym gospodarze parku, którzy również mają przebłyski pamięci, ale żyją w niebycie. Wyobraźcie sobie, że tych kilka irytujących sekund, gdy coś Wam świata, jest rozciągniętych do kilkunastu godzin, dni, miesięcy, lat…

W serialu pojawia się pianola, czyli pianino odtwarzające muzykę z papierowych rolek. Piękna metafora idealnie pasująca do świata „Westworld”, który jest dużo bardziej rozbudowany, niż może nam się wydawać. W serialu pojawia się wiele elementów, które zyskują dodatkowe znaczenie po uważnym obejrzeniu całości. Dla mnie „Westworld” to jeden z niewielu wysokobudżetowych seriali, które naprawdę zadają właściwe pytania w obliczu błyskawicznie rozwijającej się technologii.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *