Torpedo 1972

Cyngiel na emeryturze

Sięgając po „Torpedo 1972”, spodziewałem się mafijnego akcyjniaka, a dostałem czarną komedię ze zdziadzieniem w tle. Czy to źle? Wbrew pozorom – niekoniecznie. Ta krótka historia ma nieco geriatryczny charakter, ale jednocześnie tryska energią i wciąga się ją szybciej niż Keith Richards wciągał kreski u szczytu formy.

Tytułowy Torpedo do mafijny cyngiel, które najlepsza lata ma ze sobą (stuknęła mu sześćdziesiątka), ale nie do końca umie się z tym pogodzić. W komiksie poznajemy go za sprawą Jamesa Hallidaya, dziennikarza Wall Street Journal, który pisze artykuł o Piero Caputo – słynnym mafiozie z lat trzydziestych. Synowie ówczesnego bossa wciąż nie wiedzą, kto zamordował ich ojca. Mówi się, że był to Torpedo, więc James postanawia go wytropić i przeprowadzić z nim wywiad. Jak możecie się domyślać, nie wychodzi z tego nic dobrego. Tym bardziej, że i bracia Caputo nie zamierzają być bezczynni.

Torpedo nie jest błyskotliwym, wciąż sprawnym dżentelmenem z mnóstwem kontaktów i ogromnym szacunkiem ludzi ulicy. Przypomina starego dziada, który ledwo wiąże koniec z końcem, a sznurówek sobie nie zawiąże przez Parkinsona. Widział wszystko, przeżył wszystko. I wszystko mu wolno – tak przynajmniej uważa. Generalnie wszystko mu wisi, za nic ma konwenanse. To częsta przypadłość ludzi starszych – dlaczego mają się krygować, gdy być może zostało im kilka lat życia? „Torpedo 1972” to poniekąd opowieść o radzeniu sobie ze starością czy raczej trudach związanych z jej akceptacją.

Bohaterowie zarysowani są wyraziście, choć nieco pobieżnie. Dla wygody czytelnika opierają się głównie na stereotypach – pomagier Torpedo jest fajtłapowaty, ale wierny, dziennikarzyna próbuje zaimponować dziewczynie pikantnym tematem, a bracia Caputo również się tak bardzo inni, że nikt nie wziąłby ich za braci (ale za to łatwo ich rozróżnić). Komiks jest krótki, więc na pogłębienie tych charakterystyk nie starczyło miejsca. Akcja rozwija się błyskawicznie. Trochę miejsca zostało poświęconego bohaterom, trochę zrzędzeniu Torpedo, a trochę strzelaninom. Miejsca na refleksję zabrało – czas na nią musi wygospodarować czytelnik po lekturze. Nieduża objętość jest nieco odczuwalna, bo część wątków potraktowano po macoszemu. W pewnym momencie jesteśmy świadkami gwałtu, który na ofierze wywiera nie większe wrażenie niż horror w kinie. Rozumiem skróty, ale zawsze warto dbać o wiarygodne zachowanie bohaterów.

Za warstwę wizualną odpowiedzialny jest Eduardo Risso, który bardzo dobrze czuje się w gangsterskich klimat, co ostatnio udowodnił chociaż w „Moonshine” (link do recki). Na poszczególnych stronach jest tyle kresek, ile trzeba, również kolorami zbytnio nie szafuje. Niektórym może nie spodobać się taki oszczędny styl, ale do szorstkiego Torpedo pasuje idealnie. Co ważne, ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych.

„Torpedo 1972” to nie do końca idealny wybór dla fanów mafijnych klimatów. Znaczy im też ta krótka opowieść powinna się spodobać, bo daleko jej do wyidealizowanego świata z „Ojca chrzestnego” (na którego seans wybierają się zresztą bohaterowie komiksu). Jednak przede wszystkim Enrique Sanchez Abulí przypomina, że niełatwo zestarzeć się z godnością. Temat pozornie mało dynamiczny, ale dzięki komiksowej formie nabiera prędkości z każdą przeczytaną stroną.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *