Chrononauci

Czasoprzestrzenna gra w klasy

Dzieło panów Millar i Murphy to dla mnie szczyt bezpretensjonalności. Wyobrażam sobie to, że Mark Millar przygotował pierwszy szkic scenariusza podczas obficie zakrapianego wieczoru i zostawił go na biurku (albo windowsowym pulpicie). Następnego dnia wrócił do swojego pomysłu. Jak myślicie – co zrobił? Pewnie obstawiacie, że przeanalizował szkic i zaczął go poprawiać, dopisywać wątki, pozwalając bohaterom trochę się rozwinąć, a przyszłemu czytelnikom – złapać oddech. Cóż, to byłoby odpowiednie podejście. Natomiast Mark w moich wyobrażeniach przeczytał szkic, po czym zadzwonił do Murphy’ego i powiedział: „Sean, jest zajebiście, nic nie trzeba poprawiać, sprawdzaj maila i zacznij rysować!”.

W efekcie powstał komiks, w którym akcja toczy się szybciej niż w hollywoodzkich blockbusterach, które w montażowni są kastrowane i przycinane, żeby tylko nie były za długie, bo widz nie wysiedzi. Zanim na dobre się wkręcimy, komiks już się kończy. I chociaż niby mógł mieć kontynuację, to mamy wrażenie obcowania z one-shotem. Tempo jest tak szybkie, że nie mamy czasu zastanawiać się nad ciągiem przyczynowo-skutkowym. Może to i dobrze.

Okej, a o czym w ogóle jest ten komiks? Krótka odpowiedź: o podróżach w czasie. Za krótka odpowiedź, ale o tym później. Główny bohaterami są dwaj wyluzowani naukowcy: Corbin Quinn i Danny Reilly. Ten pierwszy opracowuje technologię umożliwiającą podróże w czasie. Zaczyna się od wysłania w przeszłość satelity, który pozwala obejrzeć na żywo bitwę pod Gettysburgiem. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia – satelita to za mało. Czas na misję załogową. Reilly, jako specjalista od miniaturyzacji, wykorzystuje nową technologię do stworzenia chronostrojów. Panowie (prywatnie trzymający sztamę brachole) mają zamiar cofnąć się do czasów Kolumba i zarejestrować odkrycie przez niego Ameryki. I wtedy wszystko się sypie. Doktor Quinn trafia do złego roku. Po krótkim namyśle Reilly wyrusza, by go ratować. Problem w tym, że Quinn wcale nie zamierza wracać.

Motyw podróży w czasie często kusi twórców, stąd tyle filmów czy komiksów. Motyw kuszący, ale łatwo się na nim wyłożyć, bo szybko zaczynają się piętrzyć paradoksy. Dlatego ciąg wydarzeń musi być bardzo misternie skonstruowany, żeby wszystko miało sens (chociaż i tak nigdy go nie). W przypadku „Chrononautów” Mark Millar stwierdził, że nie będzie nawet próbował przekonać nas, że przedstawiona historia ma coś wspólnego z logicznym ciągiem wydarzeń. Dlatego bohaterowie skaczą między epokami jak dzieci podczas gry w klasy. Średniowieczne ludy dozbrajają w czołgi i myśliwce, nie wspominając o broni palnej. Nie odmawiają sobie przyjemności, przypisując sobie autorstwo muzycznych hitów. Jasne, pojawiają się konsekwencje, ale nie dlatego, że zaburzyli losy światy – powody są bardziej prozaiczne jak np. romans z dziewczyną Lucky’ego Luciano, jednego z najsłynniejszych gangsterów.

Za warstwę graficzną odpowiada Sean Murphy i samo to wystarczyłoby, bym sięgnął po ten komiks. Uwielbiam styl Murphy za jego niechęć do obłych kształtów. Gdy tylko się da, celebruje kanciastość. Ma wielką w wiarę w swoje kreski, nie uznaje kompromisów. Pełne detali kadry mają moc i dynamikę typową dla muscle carów. Warto też docenić kolorystę Matta Hollingswortha, który całości zapewnił retro look. Jeśli podobało Wam się „The Wake”, „Tokyo Ghost” czy „Survival of the Fittest” (w ramach „American Vampire”), to będziecie zachwyceni.

Wspomniałem wcześniej, że powiedzieć, że „Chrononauci” to komiks o podróżach w czasie, to zbytnie uproszczenie. W istocie Millar zastanawia się nad tym, co daje nam radość życia i ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić. Za naturalne uznajemy, że naukowiec poświęca swoje życie, by ludzkość mogła zrobić krok do przodu. Ale nie powinniśmy ludziom nauki odmawiać prawa do tego, by kwestionować życiowe wybory. Podobnie jest z Quinnem i Reillym – władze wysyłają za nimi pościg, żeby nie namieszali za bardzo w historii, a poza tym po prostu nie podoba im się, że ktoś wykorzystuje przełomową technologię dla własnej przyjemności. Decydują za nich, jak powinni żyć. Temat ciekawy, ale Millar poszedł w kierunku radosnej szybkiej akcji. Nie ma w tym nic złego, bo dzięki temu „Chrononautów” pochłania się błyskawicznie, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że pod koniec pisania scenariusza, zaczęło mu się spieszyć. Koniecznie chciał się zmieścić w czterech zeszytach. Trochę to widać. Chciał się przenieść w czasie do zakończenia, ale obecna technologia mu na to nie pozwoliła.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

PS. Serio uwielbiam Seana Murphy’ego, więc kilka jego prac mam w antyramach, które zazwyczaj zdobią ścianę w salonie.

Dodaj komentarz