Annabelle: Narodziny zła

Rzemieślniczy horror

Jak się nad tym zastanowić, wszystkie horrory opowiadają jedną historię, ale w różnych wariacjach. Najczęściej mamy nawiedzony dom oraz demona albo ducha, który potrzebuje odkupienia. Na pierwszym planie są również dzieci, nad którymi złym siłom najłatwiej zapanować. Pomimo tych schematów oglądamy kolejne filmy z nich korzystające. „Annabelle: Narodziny zła” nie jest powiewem świeżości w postaci „Babadook” czy „Coś za mną chodzi”. To typowy horror z domem na odludziu i nawiedzoną lalką, która powinna występować w słowniku przy definicji słowa creepy. A jednak film ogląda się dobrze, seans jest satysfakcjonujący. Film należy do uniwersum zapoczątkowanego przez „Obecność”. Co łączy filmy w tym uniwersum? Nie szukanie na siłę innowacji oraz skupienie się na emocjach bohaterów, bo to one są źródłem strachu, a nie wyskakujące z ciszy potwory. I to się sprawdza.

Najnowsza cześć „Annabelle” to przyzwoity średniak. Raczej niczym Was nie zaskoczy, ale jeśli mu pozwolicie, zafunduje Wam gęsią skórkę. Dlaczego film daje radę? Został porządnie zrealizowany. Pod względem konstrukcji wszystko się zgadza, udało się uniknąć przesadnych dłużyzn, dziecięcy aktorzy zostali dobrze poprowadzeni, a warstwa wizualna jest bardzo przekonująca. Duża w tym zasługa reżysera Davida Sandberga, który jest zdobywającym kolejne doświadczenia rzemieślnikiem. I właśnie ta rzemieślniczość jest największym atutem wydania Blu-ray.

Sandberg przyznaje, że sam kupował mnóstwo DVD głównie dla making ofów, komentarzy reżyserów. Dało mu to więcej niż cokolwiek innego (poza reżyserowaniem własnych filmów rzecz jasna), pozwoliło zrozumieć, na czym polega praca nad filmem, i podejrzeć w akcji wielu idoli. Dlatego poprosił wytwórnię, by na płycie mogłyby zostać umieszczone surowe materiały zza kulis. Nie wycyzelowane teledyskowe migawki plus gadające głowy, lecz nagrania, na których widać, jak zastanawia się nad tym, gdzie ustawić kamerę. Albo jak rozmawia z aktorami, by przedstawić im, o co ma chodzić w danej scenie. Ponad 40-minutowy materiał nie jest tak efektowny jak typowy extras, ale dzięki niemu możemy poczuć się jak reżyser.

Na płycie znajdziecie też typowy dodatek w postaci usuniętych scen. Nie są wyjątkowo ciekawe, co nie dziwi – w końcu nie znalazły się w finalnej wersji filmu. Na szczęście dostajemy do nich komentarz reżysera, który wyjaśnia, dlaczego zostały usunięte, i to jest największa wartość tego materiału. Ciekawa lekcja storytellingu, utrzymywania tempa i uwagi widza.

Biorąc pod uwagę charakter poprzednich extrasów, zdziwiłbym się, jakby na płycie zabrakło komentarza audio reżysera do całego filmu. Przez prawie dwie godziny Sandberg nawija o pracy na filmem, ale zamiast raczyć nas zabawnymi anegdotkami, kolejny raz jest bardzo szczery. Opowiada, na co nie starczyło budżetu i jak sobie z tym radził (dowiecie się, czemu wszystkie okna są prześwietlone). Wprost mówi, z których scen nie był zadowolony, ale musiał umieścić w filmie. Dużo czasu poświęca także kwestiom technicznym, montażowi, wykorzystaniu konkretnych sprzętów, obiektywów i magii specjalistów od efektów wizualnych. Ale i anegdotek nie brakuje – w jednej ze scen obserwujemy teatrzyk z pacynkami. Okazuje się, że nie może nimi operować byle kto – lalkarze są członkami SAG (Screen Actors Guild), więc muszą być zatrudniani do tego typu scen. Ciekawe, prawda?

Jeśli lubicie klasyczne horroru w stylu „Obecności”, nowy film Davida Sandberga na pewno Wam się spodoba. Niczym Was nie zaskoczy, ale przecież tego nie oczekujecie, więc w czym problem? Dodatkowy plus za rozbudowane materiały dodatkowe o mocno edukacyjnym charakterze. Nigdy nie myślałem, że napiszę coś takiego o horrorze.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *