Dunkierka

Horror wojny

W większości filmów wojennych dostajemy bohaterów, którzy mają matki, żony, dzieci. To postacie, o których dowiadujemy się coraz więcej, często z niemałą pomocą chwytających za serce retrospekcji. Wszystko po to, by się z nimi utożsamić, przeżywać ich losy i dostrzec tragedię jednostki w chaosie wojny. Cóż, nie u Nolana.

Już sam dobór tematu – wielka ewakuacja zamiast na przykład przełomowej inwazji – sugeruje, że będzie inaczej niż zwykle. I jest. Części bohaterów reżyser wcale nie pozwala nam poznać i to do tego stopnia, że nawet ich imię jest tajemnicą. To celowy zabieg – ważniejsze od rozmów o domu za morzem było pokazanie, no cóż, mięsa armatniego, żołnierzy zbyt wycieńczonych, by myśleć o czymkolwiek więcej niż o kolejnym oddechu. Ograniczenie do minimum dialogów i zerowa ekspozycja przypominają, że kino to medium przede wszystkim wizualne. „Dunkierka” robi ogromne wrażenie, chociaż wcale nie jest widowiskowa. A mogłaby być i chwała za to reżyserowi, że nie poszedł na łatwiznę.

Nolanowi zarzucano poprawność polityczną – w filmie nie pojawiają się Niemcy, nikt nie wymienia ich nawet z nazwy. Czy naprawdę Nolan bał się przyjęcia filmu u naszych sąsiadów? Dla mnie jasne jest, że nie chciał uczynił wroga anonimowym, lecz uniwersalnym. Z punktu widzenia żołnierzy nie miało większego znaczenia, czy walczą z III Rzeszą, czy armią obcych. A ci, którzy starali się przeżyć kolejny dzień na plaży, zwracali jeszcze mniejszą uwagę na dane osobowe.

Trudno nie docenić muzyki i zdjęć. Za pierwszą odpowiada Hans Zimmer, który często leci na autopilocie, ale w przypadku współpracy z Nolanem prawie zawsze potrafi wykrzesać z siebie coś nowego. Tym razem stworzył ciągnący się w nieskończoność syntezatorowo-smyczkowy suspens. W innym filmie brzmiałoby to pretensjonalnie – takie tam sztuczne budowanie napięcia. Ale tutaj pasuje idealnie – chociaż domyślamy się zakończenia, napięcie nie spada, oglądamy całość, siedząc na krawędzi kanapy. Efekt nie byłby tak powalający, gdyby nie zdjęcia. To prawdziwe mistrzostwo. Kadry oszałamiają realizmem i rozmachem, ale bez taniego efekciarstwa. Kamery IMAX były w użyciu niemal przez cały czas. Choć trudno w to uwierzyć, ale ani niszczyciele, ani spitfire’y nie są dziełem speców od efektów komputerowych. Wszystko nakręcono, nie było miejsca na fałsz, byłoby to obrazą dla wszystkich, którzy próbowali uciec z plaży wokół Dunkierki.

Tradycyjnie dla filmów Nolana i ta produkcja nie zawodzi pod względem materiałów dodatkowych. Znalazły się na dodatkowej płycie. Krótkie dokumenty trwają w sumie prawie dwie godziny i ukazują ogrom pracy związanej z kręceniem filmu. Reżyser chciał się obyć bez CGI. Dlatego na morzu widzimy prawdziwe okręty, po plaży maszerują tysiące statystów, a po niebie… Możecie się domyślić. Łatwo wyobrazić jak dużym wyzwaniem logistycznym było takie podejście do realizacji. Scen na statku zazwyczaj nie kręci na statku, lecz w studiu. W ostateczności na statku, który znajduje się w kontrolowanym środowisku – wielkim basenie z greenscreenem w tle. Natomiast w „Dunkierce” praktycznie wszystko nakręcono na morzu przy niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych. Przy takiej pogodzie trudno ustać na nogach, a co dopiero grać i utrzymać ogromną kamerę. Specjalnie dla „Dunkierki” opracowano nowe rozwiązania techniczne jak kamera IMAX na froncie helikoptera czy na wielkim kranie umocowany na statku. Kręcenie nowego dzieła Nolana przypominało operację wojskową, a my możemy przyjrzeć się jej kulisom.

„Dunkierka” to jeden z najlepszych filmów 2017 roku. Nigdy jednak nie zaliczę go do swoich ulubionych – to przerażające dzieło, które przedstawia zmagania wojenne w wyjątkowo mało romantyczny i odhumanizowany sposób, a mimo tego pozwala poczuć bezgraniczny strach oblężonych żołnierzy. Chociaż mówimy o filmie Nolana, to patosu tym razem było bardzo mało. Okazuje się, że na froncie nie ma na niego miejsca.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

1 thought on “Dunkierka

  1. Cześć 😉
    „„Dunkierka” robi ogromne wrażenie, chociaż wcale nie jest widowiskowa. ” – Zgadzam się z tym, co tu napisałeś. Tak naprawdę przez cały seans miałem wrażenie, że jestem osaczony przez wroga razem z tymi biednymi chłopakami na plaży. Wydawało mi się, gdybym stał na tej plaży, to czułbym się tak samo jak oni – nie obchodziłoby mnie nic innego, jak tylko wydostać się stamtąd i uciec w jakieś bezpieczne miejsce. Nieważne kim byłby wróg, bo to akurat nie miało znaczenia. Nolan chciał pokazać ucieczkę i zrobił to, a doskonała muzyka i montaż sprawiły, że długo nie mogłem zapomnieć o filmie i przeżywałem go z dziewczyną kilka dni po obejrzeniu.

    Pozdrawiam,
    Zajawkowicz Popkultury 🙂

Dodaj komentarz