Gra o tron: Sezon 7

Smoki, wszędzie smoki

Pamiętacie jeszcze czasy, gdy seriale były ubogimi krewnymi hollywoodzkich hitów, w których grali podrzędni aktorzy, a realizacja stała na poziomie niewiele wyższym od oper mydlanych? Było, minęło. Obecnie w telewizji dzieją się ciekawsze rzeczy niż w kinie, a topowi gracze na rynku jak HBO, Netflix czy Amazon nie szczędzą pieniędzy na kolejne produkcje. „Gra o tron” to doskonały przykład wysokobudżetowego serialu, który ma hollywoodzkich charakter. Jednak pewnych ograniczeń nie da się przeskoczyć – siódmy sezon ma tylko siedem odcinków. Są tak przepełnione akcją i efektami specjalnymi, a w dodatku dłuższe niż zwykle, że budżetu nie wystarczyło na zwyczajowe dziesięć. Trochę szkoda, bo treść musiała zostać skondensowana, a akcja przyspieszona.

Każdy, kto śledzi „Grę o tron”, wie, że podróże zajmują bohaterom mnóstwo czasu. Czasem kilka sezonów. Z jednej strony może to irytować, a z drugiej oddaje realia inspirowane średniowieczem, gdzie brak było szybkich środków komunikacji. Pozwala też utrzymać suspens – kiedy oni wszyscy wreszcie się spotkają? No cóż, spotykają się w siódmym sezonie. Jest to satysfakcjonujące – w końcu na to czekaliśmy. Nareszcie Daenerys dociera ze swoją armią do Westeros. Wreszcie spotyka się też z Jonem Snowem, innym charyzmatycznym przywódcą. Ponieważ ósmy sezon ma być ostatnim, twórcy postanowili przyspieszyć akcję. Dlatego tego typu spotkań jest więcej (że wspomnę choćby Arię i Sansę), a podróże nagle stały się dużo mniej uciążliwe. Podróżujące chyba z prędkością światła kruki to oczywiście ekstremum, ale trudno zauważyć, że dla wygody scenarzystów zmieniły się zasady gry.

To wszystko nie zmienia faktu, że kolejne odcinki ogląda się doskonale. Mniej odcinków oznacza jeszcze większa spektakularność. Tym bardziej, że Daenerys nie przybyła do Westeros sama, lecz w towarzystwie ukochanych smoków. A na Północy wciąż straszą nieumarli. Zapomnijcie jednak o kameralnych potyczkach – czas na walkę z tysiącami przeciwników na zamarzniętym jeziorze (w najbardziej kuriozalnym odcinku, który mimo wszystkich absurdów ogląda się dobrze). Czujemy, że wszystko zbliża się do finału. Pytanie tylko czy po tylu latach twórcy będą w stanie zaserwować naprawdę satysfakcjonujący finał. Tym bardziej, że coraz rzadziej nas zaskakują uśmiercaniem bohaterów – stali się trochę niewolnikami widzów i nie chcą ryzykować zlikwidowania ich faworyta.

Wydanie Blu-ray docenią wszyscy miłośnicy materiałów dodatkowych. Przede wszystkim każdy odcinek można obejrzeć z komentarzem audio (a czasami do wyboru są nawet dwa), a wśród komentujących znajdziecie scenarzystów, reżyserów, a także aktorów. Polecam również dokumenty “From Imagination to Reality: Inside the Art Department” oraz “Fire & Steel: Creating the Invasion of Westeros”, które trwają odpowiednio 46 i 30 minut. Pierwszy z nich pozwala w pełnić docenić pracę scenografów – będziecie zdziwieni, jak wiele planów zbudowano od zera, zamiast skorzystać tylko z green screenów. Zrozumiecie też, że wielkie elementy (jak całe pomieszczenia czy mury) są równie ważne, co detale – choćby płyta z herbami Starków na tylnej ścianie kominka, która tylko miga nam za tańczącymi płomieniami. Normalnie tego typu element wystroju zrobiłoby się z drewna czy tworzywa sztucznego, ale wtedy raczej nie przetrwałby spotkania z ogniem. To tylko jedna sytuacja, a łatwo sobie wyobrazić, z iloma wyzwaniami musieli radzić sobie twórcy. Drugi z dokumentów to już bardziej ogólny materiał o całym sezonie – rozwoju bohaterów, fabule i wykorzystaniu efektów wizualnych. No i nie zapominajmy o bonusowym dysku, gdzie znajdziecie animowaną historię Westeros sprzed wydarzeń zobrazowanych w serialu.

To wydanie tylko fanów – w końcu kto sięgnie po siódmy sezon, jeśli nie oglądał poprzednich? Natomiast prawdziwi fani, którzy żyją serialem, na pewno docenią sporą dawkę materiałów dodatkowych, które pomagają zrozumieć, jak wielkim przedsięwzięciem jest „Gra o tron”, a przy okazji poszerzają wiedzę o mitologii świata stworzonego przez George’a Martina.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Galapagos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *