Blacksad #1, #2 & #4

Wtykając wąsy w nieswoje sprawy

Scenarzysta „Blacksad” zupełnie świadomie i bezwstydnie sięga po ograne klisze gatunku noir. Niektórzy powiedzą, że to droga na skróty. Tymczasem to rozwiązanie trudniejsze, bo wymagające precyzji i polityki no bullshit. Tym bardziej, że poszczególne tomy mają zaledwie 60 stron. Niedopracowana konstrukcja od razu zaowocowałaby poczuciem niedosytu. A wiecie co? Niedosytu nie ma.

Tytułowy John Blacksad jest ironicznym prywatnym detektywem, który lubi wtykać nos w nieswoje sprawy. Wtykając nos, wtyka też wąsy, kocie wąsy. Drobny szczegół, o którym jeszcze nie wspomniałem – John jest kotem. No powiedzmy – antropomorficznym kotem. Wszyscy pozostali bohaterowie to także zwierzęta – mamy i niedźwiedzia, i szczura, i żmiję, i można tak długo wymieniać. Zapomnijcie jednak o disneyowskim podejściu i uroczych bohaterach „Zwierzogrodu” – w przypadku „Blacksad” postacie mimo zwierzęcych atrybutów są niezwykle ludzkie i odarte z bajkowości typowej dla takiej formy. Z drugiej strony zwierzęta w roli głównej pozwalają scenarzyście na stosowanie wygodnych skrótów (i efektywnego wykorzystanie zaledwie kilkudziesięciu stron) – nosorożec-osiłek, niedźwiedź polarny-przywódca lokalnej filii Ku Klux Klanu itd. Ale spokojnie – te skróty nie są tak banalne, jakby mogło się wydawać.

Wspomniałem, że Blacksad lubi wtykać nos w nieswoje sprawy. Nic niezwykłego jak na prywatnego detektywa. Ma własny kod moralny, którego się trzyma. Często rezygnuje z początkowego zlecenia, bo ważniejsza jest prawda, a nie pieniądze czy wartościowe kontakty. Taki bohater, którego życie przeorało, ale pozostaje idealistą, bo mu innego zostało. Najlepsze jest to, że Blacksad wypada naprawdę wiarygodnie. Nie czuje się wobec nikogo zobowiązany, nie potrafi ugryźć się w język. Nie jest może najbardziej oryginalny, ale zawadiackiej charyzmy mu nie brakuje.

Wydawnictwo Egmont postanowiło pod koniec roku 2017 wznowić komiksy z Blacksadem, które przez długi czas można było znaleźć tylko na Allegro w skandalicznych cenach. Egmont odświeżył tomy numer 1, 2 i 4. Pierwszy, „Pośród cieni” zaczyna się od śmierci gwiazdy filmowej, byłej ukochanej Blacksada. Motyw znany, bezpieczny, a i tak satysfakcjonujący. Nie ma najmniejszych problemów ze zrozumieniem motywacji detektywa. Wielkie pieniądze, wielka władza, wielkie pokusy – Hollywood w pigułce.

„Arktyczni”, czyli drugi tom, to już inny klimat i nie tylko powodu zimowej aury. Tym razem trafiamy do małej społeczności. Jak to w małej społeczności wszyscy wszystko wiedzą, wszystkich podejrzewają, a co najważniejsze – nikomu nie wybaczają. A jednocześnie z wielką niechęcią patrzą na obcych i innych. I ci inni są podstawą głównego wątku – rasistowskich uprzedzeń. Oczywiście Blacksad w swoim zwyczaju wtrąca się w sprawę z gracją słonia w składzie porcelany, przy okazji wyciągając na wierzch sekrety tak głęboko skrywane, że zaskakujące nawet dla wścibskiej społeczności.

Po klimatach noir (także w wydaniu prowincjonalnym) w czwartym tomie, „Piekło, niepokój”, trafiamy do Nowego Orleanu, królestwa voodoo i kapłanów muzyki. Blacksada przyciąga sprawa zagubionego (także dosłownie) muzyka. Czy może dziwić, że ta strapiona dusza ma problem z narkotykami, a same używki wysuwają się w pierwszym momencie na pierwszy plan? Niezwykle barwna historia z bohaterami, którzy próbują wyprzeć się poprzedniego życia.

Komiksy o Blacksadzie to doskonała rozrywka, która udowadnia, że rzemiosło można wynieść do rangi sztuki. Sama koncepcja i scenariusze gwarantują świetną lekturę, ale rysunki sprawiają, że poszczególne tomy mogą stać się dumą każdej kolekcji. Juanjo Guardino wykonał doskonałą pracę. Świetnie radzi sobie zarówno z szerokimi planami, jak i dynamicznymi scenami, przypominającymi te filmowane z ręki. Udanie nawiązuje do kadrów znanych z filmów noir. Dobór kolorów (zazwyczaj zgaszonych) również pokazuje jego wielkie wyczucie. Ale chyba największe wrażenie robi to, z jaką łatwością na zwierzęcych twarzach oddaje emocje. Bo „Blacksad” to właśnie emocje, dzięki którym bohaterowie zyskują charakter już po obecności na jednej stronie.

Za egzemplarze do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *