Zabij albo zgiń #1

Walka z demonami

Motyw mścicieli jest w popkulturze, a zwłaszcza w komiksach bardzo popularny – w końcu zalicza się do nich chociaż sam Batman. Gość, który załatwia bad guy’ów, może jest nieco wątpliwy moralnie, ale jednak oceniamy go pozytywnie na zasadzie „oj tam, że działa poza prawem, ale w sumie wykonuje dobrą robotę”. W przypadku takiego Batmana trudno zapomnieć o pewnej umowności całej historii, a poza tym Mroczny Rycerz przecież zazwyczaj ogranicza się do obezwładnienia przestępców i przekazywania ich władzom. A gdyby wszystkich po kolei zabijał? Pewnie też byśmy mu to wybaczyli. Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy mścicielem zostaje zwyczajny człowiek, który rzeczywiście brudzi sobie ręce. A kimś takim jest Dylan – bohaterem „Zabij albo zgiń”.

Dylan nie miał w życiu łatwo. Po próbie samobójczej wyleciał z college’u i od tamtego czasu jest kilka lat za rówieśnikami. Jego najlepsza i w zasadzie jedyna przyjaciółka związana jest z jego współlokatorem, ale w wolnych chwilach oddaje mu całą siebie, jeszcze bardziej komplikując ich toksyczną relację. Dylan nie wytrzymuje, kolejny raz postanawia się zabić, ale jakimś cudem przeżywa skok z szóstego piętra. W powietrzu zdaje sobie sprawę, że chce żyć, niezależnie od tego, jak życie go traktuje. To doświadczenie go zmienia, wyrywa z apatii. A, byłbym zapomniał – po upadku objawia mu się demon, który wysuwa dość konkretne żądanie. Ma zacząć zabijać złych ludzi, jednego miesięcznie.

W tym momencie „Zabij albo zgiń” zaczyna opowiadać o (dosłownej) walce ze swoimi demonami. Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Dylan powołał na świat demona, w ramach jakiegoś usprawiedliwienia dla swoich działań, czy może faktycznie mamy do czynienia z pierwiastkiem nadnaturalnym. Nawet sam bohater zdaje się wszystko sobie racjonalizować, ale trudno uznać go za wiarygodnego narratora, prawda? Fascynująca jest walka, którą Dylan toczy z samym sobą. Nie chce zabijać, to oczywiste, ale coś mu każe to jednak zrobić. Czy to strach przed demonem? Czy chęć, by wreszcie zacząć kontrolować własne życie, albo nadać mu jakiś sens poprzez walkę ze złymi ludźmi?

No właśnie, źli ludzie. Jak ich zdefiniować? Kiedy można być pewnym, że naprawdę są źli i zasłużyli na śmierć? Ci, których osądzono, często siedzą już w więzieniu, a nie przemierzają ulicę. Gdy motyw mściciela przeniesiemy do realistycznej rzeczywistości, szybko zorientujemy się, że nic nie jest czarno-białe, a bohater, który powinien wzbudzać choć trochę sympatii, budzi raczej odrazę. Ale jednocześnie i współczucie – widzimy, jak się miota, nie potrafiąc okiełznać swoich emocji. Zresztą to typowe dla bohaterów tworzonych przed Eda Brubakera – seria „Criminal” zdobyła taką popularność właśnie dzięki realistycznym bohaterom z wieloma nieprzepracowanymi traumami.

Jeśli czytaliście którąkolwiek część „Criminal”, warstwa graficzna „Zabij albo zgiń” raczej niczym Was nie zaskoczy. Sean Philips stawia na proste kreski i nieprzeładowane kadry. Całość od początku do końca utrzymuje surowy charakter, koncentruje się na tym, by jak najlepiej służyć scenariuszowi. Surowy charakter pasuje do narracji – Dylan nie opowiada nam pięknej baśni o swojej nowej pasji/powołaniu (niepotrzebne skreślić), a raczej coraz bardziej się przed nami obnaża. Pozwala – nie, wręcz zmusza nas – zajrzeć w głąb swojej duszy. A dusza ta nie jest piękna, oj nie jest.

Polskim wydawcą komiksu jest Non Stop Comics.

1 thought on “Zabij albo zgiń #1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *