Unf*ck Yourself

Napraw się, bo nikt nie zrobi tego za Ciebie

Zamiast mówić „jesteś zwycięzcą”, Gary John Bishop zmusza czytelnika, by zadał sobie pytanie, czy każdy musi nim być. Nietypowo, prawda? Chociaż Gary określa się mianem coacha, to jego porady mają inny charakter niż typowych (i często wyśmiewanych) mówców motywacyjnych. Poza tym umówmy się – czy książka zatytułowana „Unf*ck Yourself” może być powieleniem rynkowych standardów?

Zapewne książki poradnikowe kojarzą się Wam z nawoływaniem do pozytywnego myślenia. Nic dziwnego, bo wiele z nich właśnie na tym się koncentruje. Podobnie jest z mówcami święcącymi triumfy na YouTubie. Trudno się dziwić ich popularności – żyjemy w świecie instant, szukamy prostych, natychmiastowych rozwiązań. Dlatego jeśli ktoś nam mówi, że wystarczy pozytywnie myśleć, łykamy taki przekaz jak dzieci opowieści o Świętym Mikołaju (w tym miejscu przepraszam wszystkie dzieci, którym zniszczyłem dzieciństwo, jeśli moi czytelnicy są młodsi, niż podejrzewałem). A co ma do powiedzenia o tym wszystkim Gary Bishop? Mówi krótko – pieprzyć to!

Gary uświadamia nam, że o naszym życiu decydują czyny, a nie myśli. Nikt nas też za myśli nie ocenia, poza nami samymi – paradoks, prawda? Oczywiście wszystko nie jest takie proste, bo trudno zebrać się do działania, gdy stopują nas wspomniane myśli. Ale pozytywne myślenie naprawdę nic nie daje, bo wciąż pozostajemy w stanie zawieszenia. Autor „Unf*ck Yourself” stara się nas przekonać, że z myślami nie ma sensu negocjować. Nie ma też sensu czekać, aż nadejdzie dobry dzień i jak już obłaskawimy myśli, to będzie z górki i wszystko się ułoży. Problem w tym, że przy takim podejściu nigdy nic się nie zmieni. Trzeba działać, chociaż często tego najbardziej się boimy.

Rzadko uświadamiamy sobie, że drogą do sukcesu jest zaakceptowanie niepewności. Nie ma biznesmena czy artysty, który od razu osiągnął sukces – miał pomysł i ten pierwszy genialny pomysł chwycił i już, świętujemy sukces, otwieramy szampany. To iluzja, którą jesteśmy karmieni. Do sukcesu prowadzi seria porażek. Tyle że ci wytrwali nie przejmują się porażkami, nie przejmują się niepewnością i wychodzeniem ze strefy komfortu, bo po prostu o tym nie myślą. Ciągłe rozmyślanie sprawia, że kwestionujemy swoje decyzje, znajdujemy wymówki, żeby czegoś nie robić.

Gary pisze również o tym ,że „budujemy świat ukrytych oczekiwań”. Ukrytych, bo przecież z tych oczekiwań nikt nas nie rozlicza, a tak się zachowujemy. Gary pisze dalej: „Twój plan i wizja przyszłości stały się nieaktualne, ale ty nadal usiłujesz dopasować rzeczywistość do swoich oczekiwań”. Nie znaczy to, że nie mamy niczego planować i improwizować jak jazzmani podczas jam session o drugiej nad ranem. Chodzi raczej o to, by nie stać się niewolnikiem swoich oczekiwań, które z jakiegoś powodu uznajemy za coś stałego, podczas gdy cały świat wokół się zmienia.

W „Unf*ck Yourself” brakuje mi trochę nawiązań do przeprowadzanych badań i eksperymentów psychologicznych – możemy szanować autora i jego doświadczenie, ale jego porady zyskałyby dzięki merytorycznemu wsparciu. Łatwo się dawać porady, ale trudniej robić to w taki sposób, byśmy rzeczywiście chcieli się do nich zastosować.

Książka jest stosunkowo krótka – trochę ponad 200 stron. Do tego wydawca zadbał, by font był duży, a autor ułatwił zadanie czytelnikom i sam wybrał cytaty warte zapamiętania – często zajmują całą stronę. To świadomy zabieg – Gary wie, że jeśli ktoś nie jest zadowolony ze swojego życia, pewnie nie będzie potrafił się zmotywować, by przeczytać motywacyjną cegłę. Wybrał kierunek „no bullshit” – zero ściemy, samo mięso. Nie patyczkuje z powszechnymi przeświadczeniami, szorstko traktuje uczucia czytelnika, bo wie, że kurtuazja dobra jest na bankiecie dla dyplomatów, a nie w negocjacjach z własnym umysłem. Chcesz się naprawić? Zacznij działać. A pierwszym działaniem może być przeczytanie „Unf*ck Yourself”.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz