Władza #1

Baśniowa postapokalipsa

Pierwszy, krótki kontakt z „Władzą” może, a wręcz musi zaowocować skojarzeniem z kultowym „Blacksadem”. Zamiast ludzi mamy antropomorficzne zwierzęta, europejską kreskę, duży format, a do tego ręcznie nakładane kolory.  A jednak to zupełnie inny komiks – ze względu na przynależność gatunkową i setting. I to setting jest najmocniejszą stroną komiksu autorstwa Sylvaina Runberga i Oliviera Boiscommuna.

We „Władcy” poznajemy świat, w którym nie ma ludzi. Są co najwyżej wspominani jako mityczni bogowie. Po ziemi stąpają zwierzęta, które wyewoluowały w inteligentne rasy. Ziemia jest co rusz nawiedzana przez kataklizmy, potężne burze, powodzie czy huragany. Wielkie karawany co roku przemierzają pół kontynentu, by znaleźć schronienie, ofiarami udobruchać demony i w ten sposób kupić sobie dalsze życie. W trakcie swoje podróży bohaterowie napotykają zgliszcza, pozostałości ludzkiej cywilizacji. Najbardziej ciekawi mnie właśnie to tło, co sprawiło, że świat całkowicie się zmienił. Po pierwsze, to intrygująca koncepcja i dostajemy jedynie jej zajawkę, a po drugie – sama fabuła nie jest specjalnie zajmująca.

Śledzimy losy grupki arystokratów, które zmierzają do sanktuarium. Na takich jak oni czyhają łupieżcy liczący na, nomen omen, łatwy łup. I pewnie byłoby po arystokratach, gdyby nie najemnicy i to nie cała armia, a dzielna trójka – Izaak, Oktawia i Pantakriusz. Dalsza historia to kolejne przeszkody w postaci np. hordy łupieżców czy zablokowanego mostu i obserwowanie, jak radzą sobie z nimi najemnicy. Brakuje w tym wszystkim napięcia, nie poznajemy też bliżej bohaterów. Najciekawsza wydaje się relacja łącząca arystokratów z najemnikami i to w jaki sposób ich traktują. Zawdzięczają im życie, ale nie potrafią się odnosić do nich inaczej niż z wyższością. Interesujący wątek – pokazuje, jak rola społeczna potrafi wypaczyć całe życie. To także źródło konfliktu – jeden z najemników (Oktawia) nosi piętno niewolnika. I czego by nie zrobiła, dla większości pozostaniem tym niewolnikiem. A podobno od przeszłości można uciec.

Chociaż sama fabuła nie porywa, to inaczej jest w przypadku warstwy graficznej. Detale, lekkość, dynamika – mamy tu wszystko. Jednak kadry są klarowne, Olivier Boiscommun wie, że musi skoncentrować naszą uwagę na konkretnych wydarzeniach i nie pozwala sobie na przerost formy nad treścią. Doskonałe są również kolory. Przygaszona paleta barw pasuje do gasnącego świata. Jednocześnie w każdym kadrze widać, że artysta poświęcił im mnóstwo czasu, ale nie dążył do perfekcjonizmu – chciał zachować nieco nieokiełznany organiczny charakter kolorowych plam. A sceny rozgrywające się w deszczu są naprawdę spektakularne właśnie przez wspomnianą organiczność. Mamy wrażenie, że w kadrach to deszcz jest odpowiedzialny za kolory, a nie rysownik.

Pierwszy tom „Władza” pozostawił mnie ze sporym poczuciem niedosytu. Chociaż historia nie zaangażowała mnie emocjonalnie, sięgnę po drugą część – choćby dla samej warstwy graficznej i intrygującego settingu.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

Dodaj komentarz