Odrodzenie #2

Jak ma rozkwitnąć nowe pokolenie?

W pierwszym tomie „Odrodzenia” za najciekawsze uznałem egzystencjalną tematykę i wątki obyczajowe. Rozwikłanie tajemnicy, dlaczego małe miasteczko w Wisconsin musi sobie radzić z martwymi, którzy wracają do życia, ciekawiło mnie już mniej. Jasne, ciekawość robi swoje, przekładając strony, liczę na rozwój fabuły, ale najbardziej intrygujące było to, ile pytań związanych ze śmiertelnością Timowi Seeleyowi udało się zadać w popularnym komiksie. Po drugim tomie oczekiwałem podobnych wrażeń i wiecie co? Nie zawiodłem się.

Pod względem struktury „Odrodzenie” przypomina współczesne seriale. Poszczególne wątki płynnie się przelatają i nie mamy wrażenia, że specjalnie upychane są w określoną liczbę zeszytów. Kontynuowany jest wątek Andersa Hine’a – odrodzonego, seniora rodu, który podejrzewany jest o morderstwo, a udaje katatonika. W jego przypadku określenie zemsta zza grobu nabiera zupełnie nowego znaczenia. Odrodzeni zdecydowanie komplikują życie głównej bohaterki – policjantki Dany Cypress. Trzeba jak zauważyć, że Dana nie jest protagonistką, która występuje w prawie wszystkich kadrach. Jej postać się wyróżnia, ale scenarzysta często zabiera nas w inne rejony. Na przykład do domu jego byłego męża.

Z pobliskiej szopy, którą wynajmuje bandzie wsioków, dochodzą niepokojące odgłosy (choć nie na tyle, by Derrick Hinch się nimi bardziej zainteresował). Z trójką braci wiąże się bardzo ciekawy wątek – handlu narządów odrodzonych. Bardzo spodobało mi się takie realistyczne podejście do świata przedstawionego. W sumie czego innego moglibyśmy spodziewać się po ludziach? Skoro w jakimś miasteczku mamy do czynienia ze zmartwychwstaniami, to oczywiste było, że pojawią się religijni fanatycy, którzy uznają to za cud. Nieunikniona była też cyniczna monetyzacja aktualnych wydarzeń, co trochę kojarzy się z książkami, które na półkach, nomen omen, lądują kilka dni po tragedii. Rzecz jasna pojawiają się cwaniacy, którzy nie zadają sobie trudu, by wywieźć z Wasau narządy prawdziwych odrodzonych – w końcu zdesperowani kupią wszystko, prawda? Wyczułem w tym nawiązanie do relikwii i ciągłego zapotrzebowania na nie. Mam nadzieję, że ten wątek będzie rozwijany.

W recenzji pierwszego tomu pisałem:

Kreska Mike’a Mortona jest poprawna, ale jak na mój gust nieco zbyt superbohaterska. Za ładne te buźki, za jasne te kadry. Brakuje zabawy półcieniem i prowincjonalnego brudu. Wszak historia nie jest lekką opowiastką – obserwujemy ludzkie dramaty, których śmierć była dopiero początkiem. Aż prosi się nie tyle o bardziej realistyczną warstwę wizualną, lecz mniej jednoznaczną. Mike, pozwól nam się trochę podomyślać!

W tej kwestii nic się nie zmieniło – wciąż jest poprawnie i klarownie, ale bez jakiegoś błysku. To jednak komiks, który czytamy dla fabuły i zmuszających do refleksji motywów, ale nie genialnych kadrów, które chce się oprawić w ramki.

„Odrodzenie” pozostaje bardzo ciekawą serią, bo swojego głównego motywu nie traktuje tylko jako wabika, który ma przyciągnąć czytelnika. Odrodzeni są fundamentami opowiadanej historii, która zmusza, by zadać sobie niewygodne pytanie, czy chcielibyśmy żyć wiecznie. I czy tego samego chcielibyśmy dla naszych bliskich. Niby odpowiedź jest oczywista – tak! – ale na koniec przytoczę słowa Andersa Hine’a, które dodają sporo szarości do tego czarno-białego pytania: „Pomyślałem o tych wszystkich zmarłych powracających do życia (…). O tym jak bardzo wszystko komplikujemy. Bo jak ma rozkwitnąć nowe pokolenie, jeśli stare nie odejdzie?”.

Polskim wydawcą komiksu jest Non Stop Comics.

Dodaj komentarz