Czarny Młot #1-2

Hołd dla superbohaterów

Jeffa Lemire’a kojarzę głównie za sprawą świetnego science-fiction „Descender” (z obłędnymi akwarelowymi kolorami – koniecznie sprawdźcie!), więc z pewnym zaskoczeniem przyjąłem, że marzyło mu się pisać o superbohaterach. W 2007 roku nad komiksami pracował tylko po godzinach – wtedy na życie zarabiał jako kucharz. Uwielbiał komiksy, absolutnie wszystkie komiksy, także te mainstreamowe. Jednocześnie nawet mu się nie śniło, że będzie miał kiedyś możliwość pracować dla DC czy Marvela. Dlatego postanowił stworzyć swoich superbohaterów i opowiedzieć historię poruszającą ważne dla niego wątki – przede wszystkim relacje rodzinne.

Minęło kilka lat, a Jeff na tyle wyrobił sobie nazwisko, że mógł w końcu zrealizować odkładany projekt i tak powstał „Czarny Młot”. Kluczowe dla powodzenia tej serii było wybranie odpowiedniego rysownika. Jeff zdecydował się na Deana Ormstona, którego styl sam określa jako dziwaczny, a dzięki temu unikatowy. I ta dziwaczność była decydująca – dzięki niej komiks na pierwszy rzut oka wygląda inaczej niż superhero głównego nurtu. Przypomina raczej produkcję Marvela/DC z jakiegoś alternatywnego świata. I bardzo dobrze.

Czym jest tytułowy Czarny Młot? Tak nazywa się farma, na której poniekąd uwięzieni są główni bohaterowie – Abe Slam, Golden Gail, Barbalien, pułkownik Weird, Talky-Walky i Madame Butterfly. Dziesięć lat wcześniej walczyli na Ziemi z potężnym przeciwnikiem Antybogiem, po czym z niewyjaśnionych powodów przenieśli się do alternatywnego świata, którego nie mogą opuścić. Żyją na niedużej firmie, prowadząc życie prostych ludzi (i trzymając służbowe uniformy w szafie, bo nie ujawniają się ze swoimi specjalnymi mocami). W pobliżu znajduje się typowe prowincjonalne miasteczko, w którym wszyscy się znają, ale wszystko wydaje się zbyt stereotypowe. Dlaczego? Tego mamy się dopiero dowiedzieć.

Czarny Młot to również pseudonim jednego z superbohaterów – Josepha Webera, który na Ziemi zostawił m.in. tęskniącą za nim córką. Lucy nie może pogodzić się ze zniknięciem ojca, chociaż minęło od niego aż dziesięć lat. Jej nieustępliwość przynosi efekty – w końcu udaje jej się przenieść na tajemniczą farmę. Problem w tym, że nie pamięta, jak to zrobiła.

Jeśli główni bohaterowie „Czarnego Młota” z kimś Wam się kojarzą… to bardzo dobrze – nieprzypadkowo przypominają m.in. Kapitana Amerykę czy Thora. Jeff Lemire bawi się konwencją, chętnie sięga po ograne klisze i nawet nie próbuje ukrywać fascynacji złotą erą komiksów. Mogłoby się wydawać, że efekt końcowy będzie niezwykle wtórny – chyba wszyscy mamy dosyć wydmuszek, które nostalgiczną formą próbują kamuflować braki fabularne. Na szczęście Lemire wiedział, co zrobić, by powierzchownie schematyczne historie wciągały jak najbardziej oryginalne scenariusze.

Często twórcy zbierają bohaterów o różnorodnych mocach, by moc realizować jeszcze bardziej wykręcone akcje, zapominając, że takie rodzinne zloty przypominają danie doprawione kilkoma torebkami przypraw. Lemire robi to w zupełnie innym celu. Zebrał na farmie superbohaterską drużynę, by paradoksalnie móc poruszyć jak najwięcej przyziemnych wątków. Mamy więc Abe Slama, który próbuje poradzić sobie ze starzeniem, wejściem w nową fazę życia, gdy nie radzi sobie z wyzwaniami i, co najgorsze, musi korzystać z pomocy innych. Ale farmę zamieszkuje też Barbalien – wojownik z Marsa, który jest skazany na alienację nie tylko z racji pochodzenia, lecz także przez własną seksualność. I chociaż otrzymujemy genezy wszystkich bohaterów, czytamy o ich przygodach przed swoistym zesłaniem na farmę, to najciekawsze wydają się ich relacje i wątki obyczajowe.

Coraz rzadziej czytam komiksy superbohaterskie – męczy mnie nietykalność najbardziej znanych bohaterów, kosmiczne eventy i historie, które wymagają śledzenia kilku serii. Nie darzę też sentymentem komiksów z trykociarzami z poprzednich dekad. W zasadzie „Czarny Młot” nie powinien mi się podobać, ale bije od niego ogromna pasja twórcy. Historie bohaterów w przeszłości, gdy bronili Spiral City, jakoś szczególnie mnie nie angażowały, ale dlaczego trafili na farmę i czy mogą się z niej wydostać – już tak. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, czy będą potrafili trzymać się razem – czy wspólny cel wystarczy.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *