Shinrin-yoku

Przytul się do drzewa

Staram się być dość otwartą osobą, ale nie ukrywam, że do wielu tematów jestem uprzedzony. Gdy słyszę o antyszczepionkowcach czy kreacjonistach, zapala mi się czerwona lampka. Podobnie reaguję na coaching w niemalże każdej postaci. Dlatego gdy przeczytałem, że „Shinrin-yoku” ma dotyczyć kąpieli leśnych, byłem nastawiony sceptycznie. I to jest to bardzo delikatne określenie – nieco zawstydzony muszę przyznać, że od razu pomyślałem o wynurzeniach druida, który zachęca do przytulaniach drzew i żywienia się energią kosmosu. Ale książkę przeczytałem. Czy moje nastawienie się zmieniło?

Pierwsze strony nie zmniejszyły moich obaw – Qing Li pisze o niemalże metafizycznych przeżyciach związanych ze kąpielami leśnymi (już to samo określenie wydało mi się pretensjonalne). No tak, spacer po lesie, miła sprawa – pomyślałem – ale żeby od razu uznać to za rodzaj terapii? Byłem jednak zaintrygowany, więc czytałem dalej.

Autor pisze, że nie jest poetą, lecz naukowcem. Jednak chwilę później pojawia się na przykład takie zdanie: „Dziś podczas spaceru, muskany cudownie kojącymi powiewami wiatru, zauważyłem, że drzewa zaczynają już przybierać urocze jesienne barwy”. Poezja to to nie jest, ale nikt mi nie wmówi, że Qing Li nie ma jakichś artystycznych zapędów. Początkowo traktowałem taką narrację podejrzliwie, aż w końcu coś zaskoczyło i zrozumiałem, że dr Li po prostu kocha swoją pasję, drzewa, lasy, naturę. Poświęcił tym zagadnieniom dużą część życia, codziennie widzi jej efekty, więc czy możemy mu odmawiać prawa do ekscytacji?

No dobrze, ponarzekałem trochę, że na początku Qing Li każe nam sporo rzeczy przyjmować na wiarę. Gdy pisze o tym, że biznesmeni po trzydniowym pobycie w lesie i oddawaniu się shinrin-yoku lepiej spali, nie robi to wielkiego wrażenia. Poza tym brakuje jakichś naukowych podstaw. I jakby wyczuwając mój sceptycyzm, Qing Li bierze się za konkrety. Sporo miejsca poświęca fitoncydom – wydzielanym przez drzewa związkom chemicznym, które stanowią element ich systemu obronnego. Okazuje się, że mają one świetny wpływ także na ludzi. Działają na nas nawet olejki eteryczne z drewna czy igieł, więc łatwo sobie wyobrazić, jak wzmocnione jest ich działanie w lesie.

Trochę zdziwiło mnie, że pomysł na kąpiele leśne pojawił się w Japonii. Zawsze wydawało mi się, że to mocno zubranizowany kraj. I faktycznie mnóstwo ludzi mieszka w gigantycznych aglomeracjach. Jednocześnie aż dwie trzecie kraju pokrywają bardzo zróżnicowane lasy. Sam fakt narodzenia się shinrin-yoku nie powinien dziwić. Żyjemy w czasach, gdy „naturalną ciszę uznano za jeden z najbardziej zagrożonych zasobów na naszej planecie”. W dodatku od lat zaburzamy naturalny cykl dnia sztucznym oświetlenie. Kto chodzi spać o zmierzchu? Ślęczymy przed telewizorami, wpatrujemy się w smartfony i zmuszamy organizm do funkcjonowania w oderwaniu od naturalnego rytmu. Nic dziwnego, że prozaiczne spacerowanie po lesie stało się dobrem luksusowym.

Wspaniale byłoby codziennie zażywać kąpieli leśnych, ale bądźmy realistami – mało kto ma taką szansę, zwłaszcza jeśli mieszka w mieście, a osiem godzin w biurze wyrabia tylko na papierze. Qing Li zdaje sobie sprawę z takich przeszkód, dlatego w swojej książce umieścił porady, jak korzystać z koncepcji shinrin-yoku w okolicznych parkach, na balkonie pełnym doniczek, a nawet w biurze udekorowanym roślinami. Wszystko w myśl zasady, że kąpiele leśne nie są jakimś abstrakcyjnym rytuałem, do którego trzeba przygotowywać się latami. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, by jak najszybciej nadrobić zmarnowana lata spędzone z dala od natury. Bo czy tak naprawdę trzeba kogoś przekonywać, że natura jest z natury kojąca?

Dookoła cisza

i nagle głos cykady

świdruje skałę.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *