Pluto #1

Co decyduje o fałszu?

Czasami bardzo miło się pomylić. Tak było w tym przypadku. Dość niechętnie podchodziłem do japońskiego komiksu – ostatni kontakt z mangą miałem chyba w liceum i od tamtego czasu byłem przekonany, że nigdy nie sięgnę po ten rodzaju komiksu. Bo to nie ta estetyka, bo nie ta tematyka, a jeszcze trzeba czytać od prawej. Ostatnio w moje ręce trafił pierwszy tom serii „Pluto” i… zmieniłem swoje nastawienie.

Seria nawiązuje do klasyka „Atoma Żelaznorękiego”, którego ze wspomnianych we wstępie względów nigdy nie czytałem, ale pozwoliło mi to oceniać „Pluto” jako samodzielny twór. Głównym bohaterem jest Gesicht – robot śledczy. Nie jest to jednak robot w stylu R2-D2, lecz ultranowoczesny android, którego łatwo pomylić z człowiekiem. A może w ogóle nie powinniśmy mówić o jakichkolwiek pomyłkach i zastanowić się, co czyni, hmm, istotę człowiekiem? Gesicht bada sprawę morderstwa Bernarda Lanka. Co istotne, mniej więcej w tym samy czasie ginie uwielbiany przez ludzi android Mont Blanc, bez którego „pewnie nie byłoby teraz pokoju w Azji”. Szybko pojawia się podejrzenie, że za morderstwo może być odpowiedzialny robot, co byłoby oczywiście sprzeczne ze wszystkim, czego ludzie oczekują od sztucznej inteligencji.

„Pluto” to nie kryminał, w którym najważniejsze jest śledztwo. Oczywiście śledzimy poczynania Gesichta, ale uznaję je za swego rodzaju tło. Dużo istotniejsze są wspomniane oczekiwania ludzkości. Jak zwykle ludzie dążą do tego, by zrzucić pracę na kogoś innego – obecnie niechciane posady przypadają imigrantom. W przyszłości łatwo sobie wyobrazić, że tego typu zajęcia z przyjemnościom zostawimy robotom. Tylko co się stanie, jeśli te roboty zaczną zyskiwać świadomość i zaczną chcieć czegoś więcej? Częstym motywem w science-fiction jest bunt maszyn – czy zaprogramowane przez ludzi androidy, z software’owo zablokowaną agresją wobec człowieka, mogą podnieść rękę na swoich stwórców. Niewątpliwie tego boimy się najbardziej, jakbyśmy mieli świadomość, że gdyby androidy mogły, chętnie by się nam odpłaciły za to, jak je traktujemy. W „Pluto” ten trop również się pojawia. Ale mowa też o innym rodzaju strachu – przed androidami, które mogą odczuwać emocje i w efekcie stać się zbyt podobne do człowieka. Takiej zniewagi ludzkość raczej by nie wytrzymała.

Spodobało mi się też ukazanie swoistych podwójnych standardów. Obserwujemy ludzi, którzy opłakują Mont Blanca i przygotowują się do pożegnania go w sposób podobny, w jaki w Polsce wita się papieża. To był dobry robot, tak poczciwy i w ogóle, więc po śmierci możemy traktować go prawie jak człowieka. Z drugiej strony poznajemy historię muzyka zamieszkującego szkocki zamek, który z niewyjaśnionych przyczyn przyjmuje na służbę androida North Nr 2. Duncan jest samotnym, cynicznym starcem, który w dodatku stracił wzrok. Nie pozwala sobie pomóc, a androida traktuje z pogardą, zwłaszcza gdy ten zdradza, że chciałby nauczyć się grać na fortepianie. Duncan mówi mu, że jest maszyną, więc jego gra zawsze będzie fałszywa. Z podobnego powodu nie chce zdecydować się na implanty: „Jeśli patrzyłbym z pomocą maszyny byłoby to fałszem. Dlatego nie mam sztucznych oczu”. Duncan akurat jest dość konsekwentny w swoim podejściu, ale nie można tego powiedzieć o całym społeczeństwie.

Jesteśmy niezwykle wygodnym gatunkiem, który nie lubi konkurencji. „Pluto” porusza tematykę, która wciąż jest bardzo aktualna i niedługo może przestać należeć do gatunku science-fiction. Teraz lubimy o tym czytać, a jak będzie w przyszłości?

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Hanami.

Dodaj komentarz