Piter. Wojna

Czy warto walczyć o samo przetrwanie?

„Mad Max”, „Księga ocalenia”, „Droga” – te filmowe tytuły przychodzą mi do głowy, gdy mowa o stylistyce postapo. Zostając w stylistyce, ale zmieniające medium – kultowy „Fallout” czy wciąż pachnące świeżością „Last of Us” to gry, które doskonale oddają klimat świata po katastrofie, która przynajmniej w teorii wyrównuje między wszystkim szanse, a z drugiej stwarza warunki do stworzenia podziałów jeszcze bardziej widocznych niż w państwach kastowych. Zawsze interesowała mnie ta tematyka, a jednak nigdy nie sięgnąłem po powieść postapo. Przy okazji premiery „Piter. Wojna” stwierdziłem – lepiej późno niż wcale.

Powieść Szymuna Wroczka należy do uniwersum stworzonego przez Glukhovsky’ego, w skład którego wchodzi już blisko sto książek. Zaczynanie przygody od tego tytułu jest dość karkołomne, ale z drugiej strony podobnie jest z superbohaterskimi komiksami – niezliczone eventy, rebooty i crossovery sprawiają, że wypadałoby zacząć od samego początku, żeby się we wszystkim połapać. Ale kto ma na to czas? „Piter. Wojna” na pewno najbardziej spodoba się osobom, które już czytały coś rozgrywającego się w tym niezwykłym uniwersum – wyłapią wszystkie smaczki, nie będą czuły się zagubione i będą jeszcze bardziej kibicować postaciom, które pojawiły się na kartach powieści lata wcześniej.

Tytułowy Piter to Petersburg – to miasto, Perła Północy, podobnie jak Moskwa może pochwalić się rozbudowanym system metra, w którym ludzie po katastrofie nuklearnej znaleźni schronienie. Taa, wilgotne tunele, migające oświetlenie, wszechobecna duchota – brzmi kojąco, prawda? Nic dziwnego, że kwestią czasu było, by ocalali zaczęli ze sobą walczyć. Mógłbym Wam pisać o poszczególnych bohaterach (których jest naprawdę dużo – Wroczek pisał powieść przez trzy lata, konstruując zawiłą fabułę i zaludniając poszczególne strony dziesiątkami postaci), ale wystarczy, iż powiem, że są wyraziści, boleśnie naturalistyczni i nieobliczalni. Nigdy nie będziecie mogli założyć, że czegoś nie zrobią. Szybka egzekucja? Proszę bardzo. Cyniczna zdrada? To też serwujemy.

Działania bohaterów napędza konflikt podziemnych frakcji. Niesamowite (a może całkowicie spodziewane), że nawet w obliczu końca świata, jaki znamy, ludzie nie potrafią się zjednoczyć. Najwyraźniej w naszej naturze jest dążenie do władzy i indoktrynacji – nie lubimy inności, chcemy trzymać się ze swoimi. Co można zrobić dla przetrwania? Dosłownie wszystko. Walcząc między sobą, możemy nie dostrzec zewnętrznego zagrożenia – Wroczek postanowił rozwinąć ten wątek, ale mimo wszystko najcenniejsze dla mnie jest zobrazowanie żądzy przetrwania. Czy można pozostać człowiekiem, gdy nigdzie nie jest bezpiecznie? Czy będąc gotowym poświęcić wszystko dla przetrwania, ocalamy człowieczeństwo czy tyko życie?

Styl Szymuna Wroczka skojarzył mi z Glukhovskym – każde zdanie jest wyszarpane, jakby narrator bał się, że nie uda mi się opowiedzieć historii do końca. Snuje swoją opowieść co rusz przyspieszając, zwalniając i to bez żadnej zapowiedzi. Jednocześnie całość przypomina nieco zapisy z okopów, w który zdarzają się krótkie chwile błogiego spokoju, ale nawet wtedy wiemy, że zaraz może nastąpić wybuch. Kolejnych akapitów nie połyka się z łatwością – trzeba je przetrawić, a wtedy dociera do nas szpetota rzeczywistości, z którą muszą sobie radzić bohaterowie.

„Z jakiegoś powodu wielka radość wyczerpuje bardziej niż największa rozpacz” – w pewnym momencie narrator raczy nas takim przemyśleniem. Nie zgadzam się z nim, ale nie trudno uwierzyć, że w postapokaliptycznym świecie to coś bardzo prawdziwego. Życie w ciągłym strachu sprawia, że łatwo oduczyć się ludzkich reakcji. Zapominamy, że życie nie polega na wegetacji. „Piter. Wojna” to promieniowanie, na które możecie się bezpiecznie wystawić.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz