Wyklucie

Kiedy zagrożenie staje się realne?

Nie cierpię na arachnofobię, ale gdy widzę pająka to czuję się, jakbym w samym podkoszulku wyskoczył na podwórko podczas mroźnego wieczoru. Niby wiem, że taki pająk nic mi nie zrobi, raczej nie ugryzie, a nawet jeśli, to życia nie stracę, kończyny raczej też. Ale gdy widzę ten włochaty odwłok, te odnóża (całą ósemkę), współpracujące ze sobą z zadziwiającą, morderczą precyzją… Wtedy pozostaje mi pisnąć, a potem pozbyć się intruza, bo przecież żona na mnie liczy. Dlatego miałem pewne opory przed sięgnięciem po „Wyklucie” Ezekiela Boona (brr, już ten tytuł powoduje mnie u mnie dreszcz) – w końcu powieść opowiada o inwazji pająków. Spodziewałem się więc horroru ze sporą dawką obrzydliwości i oślizgłymi opisami bezeceństw, których dopuszczać się będą insekty. Dostałem jednak coś innego i jestem z tego zadowolony.

„Wyklucie” to odpowiednik wysokobudżetowego filmu katastroficznego klasy B – dla fanów gatunku. Wiemy, że świat pogrąży się w chaosie, ale z sadystyczną przyjemnością obserwujemy rozwój historii, bo chcemy zobaczyć to na własne oczy. Od samego początku zdajemy sobie sprawę, że świat przedstawiony jest na krawędzi wybuchu swego rodzaju epidemii. Czytamy o garstce turystów, których zalewa fala pająków w peruwiańskiej dżungli. Jesteśmy świadkami, jak pająki dostają się na olbrzymi kontenerowiec, który płynie do USA i tak dalej. My wiemy, że coś się dzieje, ale bohaterowie jeszcze nie. Tajemniczy wybuch nuklearny w Chinach nie kojarzy im się z próbą unicestwienia nieznanej siły. A powinien. W „Wykluciu” pradawne pająki nie są pustelnikami – wybierają pracę zespołową i niczym czarna rzeka zalewają miasta. Nam pozostaje kibicować bohaterom, żeby jak najszybciej połączyli kropki.

Ezekiel Boone lubi wprowadzać nowych bohaterów – w każdym z pierwszych kilku rozdziałów opowiada o kimś innym. Mamy więc wątek rozwiedzionego agenta FBI, który nie potrafi pogodzić wymagającej pracy z rodzinnymi zobowiązaniami. Obowiązkowo pojawia się ceniona specjalistka od pająków. Nie zabrakło również gromadki surwiwalistów, którzy z wielkim zaangażowaniem budują podziemne schrony i zbierają zapasy, by przeżyć potencjalną kolejną wojnę światową. No i czym byłaby amerykańska produkcja bez wątku prezydenta? W tym przypadku władzę sprawuje pani prezydent, wyjątkowo pewna siebie do momentu, gdy zagrożenie staje się bardzo realne.

Tak wielu bohaterów sprawia, że trochę trudno się z nimi utożsamiać, tym bardziej, że mnogość postaci pozwala autorowi bez żalu pozbawiać ich życia. Na szczęście szybko okazuje się, że na przykład były mąż entomolożki jest szefem sztabu pani prezydent. Z kolei szeregowy agent Mike Ritch z Minneapolis trafia do Waszyngtonu. Ładnie się to wszystko zazębia i chociaż poniekąd wiemy, co musi się wydarzyć, czytamy dalej, przekładamy kolejną stronę i godzimy się na nieco stereotypowych bohaterów. W końcu tego właśnie oczekiwaliśmy po takiej pulpowej literaturze.

Ja czytałem „Wyklucie” podczas majówki, ale książka sprawdzi jako weekendowa lektura niezależnie od pory roku – kolejne rozdziały pochłania się szybko i łatwo. Nie zawsze to plus, bo może oznaczać spłycenie historii, ale w przypadku powieści Boone’a taka forma się sprawdza. W końcu nie narzekamy, że w policyjnych proceduralach zawiłe sprawy są rozwiązywane w trakcie jednego odcinka, prawda? A jeśli narzekamy, to może czas przestać oglądać procedurale. W „Wykluciu” inwazja pająków postępuje błyskawicznie. Można się przyczepić do mnóstwa zbiegów okoliczności – aż chce się powiedzieć: „e, przecież to nie mogłoby się zadziać tak szybko, na tylu kontynentach, naciągane”. Ale wystarczy chwilę się zastanowić i przypomnieć sobie, jak szybko potrafią się rozprzestrzeniać wirusy – mam na myśli zarówno choroby, jak i wirusy w postaci fake newsów. I nagle zagrożenie staje się realne, nieprawdaż?

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

Dodaj komentarz