Moja europejska rodzina

DNA za przewodnika

Wiecie, skąd wzięła się nazwa neandertalczyk? Wbrew pozorom nie jest to nawiązanie do jakiegoś łacińskiego zwrotu. Po prostu pierwsze szczątki jednego z naszych przodków odkryto w dolinie Neandertal w Niemczech. Lubię takie ciekawostki, ale jeśli liczycie, że „Moja europejska rodzina” to księga pełna niezwiązanych ze sobą ciekawostek, to muszę Was rozczarować. Karin Bojs zamiast koncentrować się na wyrywkowej wiedzy, którą można byłoby wykorzystać w Milionerach, postanowiła pochylić się nad historią ludzkości – pełną wyzwań i przełomowych momentów.

Przewrotnie mogę powiedzieć, że „Moja europejska rodzina” to dobra książka dla rasistów, ale domyślam się, że nikt nie będzie jej tak reklamował. O co mi chodzi? Autorka stara się prześledzić całe losy homo sapiens – kiedy wszystko się zaczęło, jaką drogę (dosłownie i w przenośni) przebyli nasi przodkowie. Dość powszechną wiedzą jest, że wszyscy ludzie pochodzą z Afryki… a może wcale nie taką powszechną? Ludzie, który oceniają innych na podstawie rasy i stereotypów, w pierwszej kolejności powinni poczytać o tym, że wszyscy mamy wspólnych przodków. Jasne, różnimy się pod wieloma względami, nasi przodkowie w pewnym momencie tysiące lat temu także poszli w różnych kierunkach, ale nie możemy zaprzeczyć faktom, że łączy nas duża część DNA. Z drugiej strony, taka wiedza mogłaby sprawić, że rasistom zagotowałby się mózg. Pytanie tylko, czy naprawdę byłoby to takie złe…

„W młodości uważałam, że nie wypada interesować się historią własnej rodziny, że coś takiego przystoi tylko nudziarzom i kujonom” – przyznaje Bojs we wstępie. Z czasem nabrała szacunku do badań genealogicznych, zapragnęła dowiedzieć się więcej o przodkach, którzy szybko zniknęli z jej życia. A ponieważ realizowała się jako dziennikarka naukowa, wiedziała, jak zabrać się do tematu. Dużą rolę w jej poszukiwaniach odegrały badania DNA i ten temat powraca w książce wielokrotnie – w istotny sposób zrewolucjonizował postrzeganie wielu wydarzeń w czasach prehistorycznych. Nagle okazało się, że wiele teorii da się zweryfikować, można prześledzić podróże ludzi,  jak się krzyżowali i całą wędrówkę ich genów po świecie. Badania DNA doprowadziły do wielu przełomów, nie spodziewałem się więc, że spora część archeologów patrzy na nie ze sporą dozą nieufności. Karin Bojs spotkała się w trakcie pisania książki z badaczami z całego świata i miała okazję poznać nastroje w różnych środowiskach. Badanie DNA jest wciąż czymś stosunkowo nowym i nie tak intuicyjnym jak np. analizowanie kości i pokruszonej ceramiki. Jednak to DNA jest czymś bardziej poruszającym wyobraźnię i łatwiej zdobyć fundusze na jego badanie. Czyżby stąd zawiść części środowiska?

Bez odpowiedniej wiedzy łatwo myśleć o ludziach prehistorycznych jak o prymitywnych istotach. Ale przecież musieli stale ewoluować, by stać się kimś znacznie nam bliższym. Nie było jednak tak, że ludzie uganiali się za mamutami, a potem pstryk! – budują piramidy i specjalizują się w astronomii. Bojs pozwala nam przejść przez kolejne etapy rozwoju ludzkości i kompleksowo wyjaśnia, co zmieniło się np. dzięki bardziej zaawansowanym narzędziom albo rozwojowi języka – ten ostatni pozwalał rozwijać się społecznościom, a dzięki nim walka o przetrwanie była dużo łatwiejsza. Język, empatia, muzyka – to wszystko zaczęło się bardzo dawno temu. Możemy sobie wyobrażać, że prawdziwa historia ludzkości zaczęła się w czasach starożytnych. Gdy jednak wyobrazimy sobie tych okrytych niezdarnie pozszywanymi skórami łowców, którzy grają na flecie i w ten sposób zacieśniają więzy w swojej wspólnocie, przestaniemy ich traktować jak bezrozumne stworzenia. Tego fletu wcale sobie nie wymyśliłem – archeologowie od lat posiadają odpowiednie dowody na istnienie instrumentów muzycznych sprzed tysięcy lat i nawet pokusili się o swoją rekonstrukcję prehistorycznej muzyki.

Autorka nie opowiada jednak tylko o narzędziach, ceramice czy wytapianiu brązu. Zwraca również uwagę na to, jak zmiany klimatu czy poziomu zagęszczenia lasów wpływały na codzienne życie ludzi. Olbrzymią przemianą było chociażby przekształcenie się łowców-zbieraczy w rolników. Nie nastąpiło to rzecz jasna z dnia na dzień. Proces był długi, fascynujący i niezwykle logiczny. Dzięki książce Karin Bojs przestaniecie patrzeć na rozwój ludzkości jak na zbiór kamieni milowych, a zaczniecie dostrzegać ciągły proces.

Oczywiście pisząc o ludzkości, nie można pomijać tematu zwierząt. Zdziwicie się, jak wcześnie ludzie w pewnym sensie stworzyli psy, które w istocie są udomowionymi wilkami. A skoro już mowa o zwierzętach, to ciekawe, że okiełznanie koni miało ogromny wpływ na języki, którymi się obecnie posługujemy w większości krajów Europy. W końcu zarówno polski, jak i niemiecki czy hiszpański należą do grupy języków indoeuropejskich. Rozprzestrzenienie się języka praindoeuropejskiego prawdopodobnie w dużej mierze zawdzięczamy zaklinaczom koni, że ich tak poetycko nazwę, którzy przybyli ze stepów obecnej Rosji. Szybki środek transport w tamtych czasach był w stanie wpłynąć na całą obecną współczesność. Niesamowite, prawda?

Lektura książki „Moja europejska rodzina” przypomina trochę zapoznawanie się z kolejnymi tytułami o astrofizyce. Dzięki niej zyskujemy odpowiednią perspektywę i przestajemy myśleć tylko o tu i teraz. Spędzając czas na pracy, jedzeniu i tanich rozrywkach, łatwo zapomnieć, że nie pojawiliśmy się w magiczny sposób na tym świecie kilkaset lat temu. Jesteśmy tylko ogniwem nieskończonego łańcucha.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

 

Dodaj komentarz