Black Monday Murders #2

Wszystko jest moje

Co jakiś czas myślę sobie – a obejrzałbym coś w stylu „Siedem”, świetnie zrealizowany, mroczny, ale nie emo, chropowaty thriller. A najlepiej, żeby ktoś wpadł na pomysł, jak dołożyć wątek nadnaturalny, ale bez wampirów i tanich zagrywek – raczej klimaty okultystyczne, spiski tak tajemnicze, że nie wiemy, czy wierzyć reżyserowi. I wiecie co? Niewiele jest takich produkcji. Na szczęście w zeszłym roku na rynku pojawił się pierwszy tom „Black Monday Murders” – komiks idealnie spełnił moje potrzeby. Nie mogłem doczekać się drugiego tomu i zdecydowanie się nie zawiodłem.

Jonatham Hickman wciąż nie pozwala sobie na klasyczne liniowe prowadzenie historii, ale po szaleństwach w pierwszym tomie postanowił nieco przystopować. Tym razem koncentrujemy się głównie na dwóch wątkach. Pierwszy to współczesna walka o władzę między starymi finansowymi rodami – w roli głównej Grigoria Rothschild, która pod koniec poprzedniej część wróciła ze swoistego wygnania. Nie zamierza jednak poprzestać na cieszeniu się odzyskanym statusem. Tym bardziej, że wszystko zaczęło się przecież od śmierci jej brata.

Równolegle obserwujemy rozwój śledztwa detektywa Theodore’a Dumasa, który próbuje dowiedzieć się, kto zabił Daniela Rothschilda. Chociaż Dumas ma skłonności do mieszania się w nietypowe sprawy i dostrzega dużo więcej niż jego koledzy, to nawet jego zaskakuje, że za kryzysy finansowe może odpowiadać jakaś siła wyższa („Zaczęły się wstrząsy na rynku. Mammon się budzi”) i że trzeba jej składać ofiary, by zgromadzić prawdziwe bogactwo. Bogactwo zdolne do zmieniania biegu historii. Dumas znowu spotyka się z doktorem Tylerem Gaddisem. O ile w pierwszym tomie ich rozmowa była bardzo krótka i głównie mieszała nam w głowie, tym razem scenarzysta pozwala nam lepiej się zagłębić się w świat przedstawiony – dostajemy znacznie więcej niż skrawki informacji.

Zachwyciło mnie to uniwersum – pieniądze, które nie są tylko walutą, a emanacją prastarego bóstwa? Genialne w swojej prostocie. „Od brzegów morza na górze po głębinę otchłani na samym dole. Wszystko, co żyje pod odłogiem tej Ziemi, aż po jej środek, w którym leży żelazna skarbnica. Wszystko jest moje. Wszystko bez wyjątku. Cały świat. Czyż to nie czyni ze mnie boga?” – to słowa samego Mammona. Trudno się z nim nie zgodzić. Niektórym takie nadanie bogactwu organicznej postaci może wydawać się tandetne, ale w „Black Monday Murders” sprawdza się doskonale. Nawet przez chwilę nie miałem wrażenia, że to tania zagrywka rodem z filmów klasy B. Raczej czułem zbierające się na kolejnych stronach pokłady bluźnierstwa, którego bałem się dotknąć. Dodajmy do tego, że mroczne siły urzędują pod siedzibą Systemu Rezerwy Federalnej. Pychota!

Scenarzysta ponownie nie ogranicza się paneli komiksowych. Co kilka-kilkanaście stron prezentuje nam różne schematy (rodów i ról w poszczególnych Szkołach), a także fragmenty notatek czy korespondencji mailowych. Ktoś powie, że to kiepska ekspozycja i pójście na łatwiznę. Natomiast ja uważam, że notatki są na tyle zdawkowe, że to po prostu dalsza zabawa scenarzysty z czytelnikiem. I zamiast poświęcać pewnym wydarzeniom cenne panele, pozwala sobie sięgnąć po nieco inne środki wyrazu.

„Black Monday Murders” to dla mnie największe odkrycie zeszłego roku. Twórcy formą narracji nieco jadą po bandzie, czasami przeginają, ale dzięki temu, że nie bali się zaryzykować, dostaliśmy świetną historię. Po pierwszym tomie istniało ryzyko, że kolejny będzie już zbyt bełkotliwy. Na szczęście jest on bardziej klasyczny i udanie rozwija historię. No i nie zapominajmy o Tommie Cokerze – jego kreska to idealna mieszanka ogromu detali i uproszczeń skrytych w cieniu. Chcę więcej!

Polskim wydawcą komiksu jest Non Stop Comics.

1 thought on “Black Monday Murders #2

Dodaj komentarz