Sherlock Frankenstein i Legion Zła

Superłotrów los

Powagę można zachowywać do pewnego momentu. Dlatego gdy zobaczyłem tytuł „Sherlock Frankstein i Legion Zła”… Nie, nie wybuchłem śmiechem, ale niewątpliwie uśmiech zagościł na mojej twarzy. Było oczywiste, że scenarzysta już samym tytułem rozpoczyna ze mną pewną grę. I nie było to wielkie zaskoczenie, bo recenzowany komiks należy do uniwersum „Czarnego Młota” autorstwa Jeffa Lemire’a, który jest szalonym, wycyzelowanym hołdem dla pulpowych opowieści superbohaterskich.

Jak pamiętacie, w głównej serii Lucy Webber (córka Czarnego Młota) w końcu przeniosła się do tajemniczego miasteczka w równoległym świecie, do którego zesłani zostali superbohaterowie po starciu z Antybogiem. Jednak młoda dziennikarka nie pamiętała, jak tam trafiła. Miniseria z Sherlockiem Frankensteinem w tytule trochę rozjaśnia sytuację. Lucy nie wierzy, że jej ojciec zginął, a gdy staje się dostatecznie dorosła, otrzymuje tajemniczą przesyłkę, która jest okazuje się być z dawna oczekiwanym tropem.

Plan Lucy nie należy do skomplikowanych, wystarczy zacytować jej własne słowa: „Jeśli nie możesz odnaleźć bandy superbohaterów, spróbuj dotrzeć do ich wrogów – superłotrów”. Jak możecie się domyślać, Sherlock Frankenstein jest najpotężniejszym villainem, ale nie tak łatwo się do niego dostać. Także Lucy robi rundkę po pomniejszych złoczyńcach. Widać, że wymyślanie ich było czystą radością dla scenarzysty (co zresztą potwierdza w materiałach dodatkowych na końcu tomu). Jeden z villainów to Cthu-lou i nie, nazwa nie jest przypadkowa. Jednak nie mamy do czynienia z wielkim przedwiecznym, lecz z hydraulikiem, który miał pecha spotkać kosmicznego boga w kanałach. Cthlu-lou (wcześniej znany pod swojskim nazwiskiem Kaminski) narzeka, że ciężko mu sprzedawać swoje usługi, gdy jest półośmiornicą. Trudno mu się dziwić i trudno się nie uśmiechnąć. Podobnie jest z pozostałymi przeciwnikami Czarnego Młota. Żadna z postaci nie jest jednoznaczna, Lemire zadbał o odpowiednie motywacje i backstory. Z jednej strony bawi się konwencją, z drugiej wykorzystując pulpową otoczkę, stara się pokazać, jak krzywdzące może być ocenianie innych po ułamku ich publicznej działalności.

Nie zdradza Wam, czy ostatecznie dochodzi do konfrontacji z Sherlockiem Frankensteinem, ale o jego pochodzeniu także co nieco się dowiadujemy. Lemire przyznaje, że w oczywisty sposób zamierzał nawiązać do dwóch słynnych literackich postaci – nie doszukujmy się wielkich twistów. Ja dostrzegam jeszcze pewne podobieństwo (niezamierzone?) do Mr. Freeze’a, zwłaszcza w tragicznym losie oblubienicy Sherlocka. Tak czy inaczej, postać równie niejednoznaczna, jak i reszty członków Legionu Zła.

Nigdy nie byłem wielkim fanem komiksów superbohaterskich, a jednak coś mnie zachwyciło w uniwersum kreowanym przez Lemire’a. Jest to o tyle dziwne, że on niewątpliwie kocha takie klimaty, a poszczególne ery superhero przenosi do świata przedstawionego w sposób dosłowny, przenosząc wszystko na poziom meta. Bawi się konwencją, nie ukrywa dziecięcych fascynacji, naśladuje, a jednocześnie udaje mu się nie popaść w parodię. Czekam na więcej i wolałbym jednak więcej rysunków Deana Ormstona, który ilustruje główną serię.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

Dodaj komentarz