Bradl #1-#3

Pulpa historyczna

Jak długo będziemy wracać w kinematografii do czasów kolejnych powstań z warszawskim na czele? Pewnie jeszcze długo, bo martyrologiczne klimaty jakoś upodobali sobie nasi filmowcy (a także  zapewne eksperci przyznający fundusze na kolejne produkcje). Czy w takich powrotach do przeszłości jest coś złego? Nie, ale gdy rozpamiętuje się porażki i nieskończone poświęcenie, trudno uniknąć zmęczenia materiału. Dlatego cieszę się, że twórcy „Bradla” poszli w innym kierunku.

Akcja komiksowej serii rozgrywa się głównie w Warszawie podczas niemieckiej okupacji. Głównym bohaterem jest Kazimierz Leski – inżynier, szpieg, amant. Po latach za granicą wraca do kraju i szybko nawiązuje kontakt z podziemiem. Nie czyni to z wielkich patriotycznych pobudek – to po prostu jego natura, to umie to robić, to musi robić. Jasne, nie wątpimy, że kocha ojczyznę, ale scenarzyści nie robią z niego kryształowo czystej postaci, która przyjmie na siebie kulę, by rodacy w przyszłości mogli cieszyć się wolność. Kulę czy cios chętnie przyjmie, ale prędzej, by ocalić postronną osobę czy przypodobać się kobiecie. Ta przyziemność sprawia, że jest dużo bardziej wiarygodny. Jego kompani z ekipy Muszkieterów to również bohaterowie z krwi i kości. Co więcej, w walce z okupantem są bardziej doświadczeni od Leskiego. Działają też bardziej metodycznie.

Leski momentami może przypominać James Bonda – szarmancki indywidualista, który błyskotliwym zagraniem pcha akcję do przodu. Podoba mi się, że ta brawura Leskiego nie zawsze uchodzi mu na sucho. Co więcej, często komplikuje sytuację i nasz bohater musi być później dyscyplinowany przez resztę. Dobrze że Tobiasz Piątkowski nie pozwolił Leskiemu na totalną jazdę bez trzymanki, bo wtedy szpiegowska opowieść noir mogłaby się szybko przeistoczyć w swoją karykaturę, w której efektowna akcja uświęca wszystkie środki.

Bohaterowie walczą o niepodległość, ale fabuła nie koncentruje się na wielkie intrydze, która ma prowadzić do wyzwolenia. Zamiast tego mamy werbowanie współpracowników czy zbieranie funduszy i ogólne próby odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Zamiast walczyć z całą Rzeszą, bohaterowie muszą zmierzyć się np. z pamiętliwym Niemcem, który najzwyczajniej w świecie chce się zemścić (plus, że udało się uniknąć stereotypu demonicznego nazistowskiego villaina). Niższa stawka zmagań nie zmniejsza napięcia – w końcu trwa wojna, okupacja zbiera żniwo w postaci łapanek, ale autorom udaje się zachowywać przygodowy charakter. Całość nie przytłacza fatalistyczną atmosferą. Obserwujemy codziennie zmagania bohaterów i choć wiemy, jak to musi się skończyć, odpędzamy od siebie te myśli.

Miałem okazję być na spotkaniu autorskim z twórcami „Bradla”. Podkreślali, że formą chcieli nawiązać do mainstreamowych komiksów, pójść w pulpowym kierunku mimo tematyki. Stąd chociaż tytuł wydawany jest w tomach, to ma zeszytowy charakter. Dostajemy nawet okładki kolejnych numerów. Kreska Marka Oleksickiego sprawdza się idealna. Od razu widać, że nie mamy do czynienia z komiksem historycznym, który został wydany, bo trzeba było na coś przeznaczyć grant. To mięsista powieść graficzna, która ujmuje i dialogami, i rysunkami. Taka forma się broni, takiej formy brakowało.

Dodaj komentarz