Giant Days #5

Studencki los

Wiecie, co mnie najbardziej zaskoczyło w piątym tomie „Giant Days”? Nie jakiś zwrot fabularny czy przemiana bohatera, lecz fakt, że w dotychczasowych zeszytach śledziliśmy przygody Susan, Esther i Daisy podczas pierwszego roku studiów. Miałem wrażenie, że minęło więcej czasu, ale z drugiej strony trudno się dziwić twórcy, że tak rozciąga całą historię – pozwala to produkować kolejne tomy. Tak czy inaczej, jak wiecie ze wstępu, nic mnie nie zaskoczyło, co nie znaczy, że przyjemność z czytania była mniejsza niż zwykle.

John Allison jak zwykle rzuca naszym bohaterom barwne kłody pod nogi. A to Susan nie może sobie poradzić z nową dziewczyną swojego eksa, a to Daisy musi wyjść ze swojej strefy komfortu podczas pierwszego w życiu wielkiego festiwalu muzycznego. Z kolei Esther i Ed trochę bezmyślnie stają się narzędziami w rękach przedsiębiorczego Deana, który stara się podejść w kreatywny sposób do plagiatowania starych prac zaliczeniowych. Swoją drogą, cieszy, że ta dwójka mogła spędzić trochę czasu ze sobą – Ed od dawna jest mniej lub bardziej zakochany w zakręconej gotce, więc pewnie scenarzysta pozwoli tej parze zaistnieć w komiksie, a takie budowanie relacji zwiększy wiarygodność związku.

Jak zwykle dziewczyny przeżywają przyziemne przygody w przerysowanym wydaniu. Także gdy są festiwalu, który zmienia się w święto błota, to muszą walczyć nie z brudnymi ubraniami, lecz z prądem błotnistej rzeki. Gdy wprowadzają się do nowego domu, to nie zastają niedomykających się drzwi, lecz meble, które rozpadają się jak domek z kart, co zmusza je do odwiedzenia Ikei. Z kolei ta wizyta nie jest zwykłym shoppingiem, lecz wycieczką do lepszego, niedostępnego święta, kuszącego niczym miękkie narkotyki.

„Giant Days #5” trzyma poziom. Wciąż jest zabawnie, wciąż nie sposób przestać kibicować tej trójce uroczych nieogarów. Tym bardziej, że kreska jest tak świeża jak zwykle, a ekspresyjność postaci i całych kadrów rozpogadza nawet ponury listopadowy wieczór. Ten komiks jest jak kolejny sezon udanego sitcomu. Autorzy dostarczają.

Dodaj komentarz