Kosmiczne zachwyty

Astrofizyka elementarna

Jesteśmy, jako gatunek, niezwykle aroganccy i zadufani w sobie. Trudno zliczyć, ile razy jakiś naukowiec (a więc należałoby po nim oczekiwać nieco więcej niż po zmęczonych prozą życia szarakach) deklarował, że w danej materii na pewno nic więcej nie uda się odkryć. Albo że dane prawo opisuje już absolutnie wszystkie przypadki, także proszę się rozejść, pozamiataliśmy. Ta arogancja jest czymś stałym – przedwczesne deklaracje zdarzały i Richardowi Feynmaowi, i Kopernikowi, który wierzył w kołowe orbity. A wcześniej pomyłki były i jeszcze większe – wiecie, ludzie byli przekonani, że Ziemia jest płaska…

„Ziemia jest więcej elipsoidalnym hula-hoopem przypominającym gruszkę”. Tyson może dopracowywać image naukowca, ale nic, absolutnie nic nie zakamufluje faktu, że jest nerdem. Dlatego spodziewajcie lekkostrawnej mieszanki terminologii naukowej i różnego rodzaju żarcików, także słownych. Nie chodzi oczywiście o samo śmieszkowanie dla śmieszkowania – obrazowe metafory to prosty zabieg retoryczny ułatwiający zrozumienie abstrakcyjnych sytuacji. Każdy wie, ze na Wenus jest gorąco. Ale jak bardzo? Tyson spieszy z odpowiedzią – „można by tam upiec pizzę pepperoni o średnicy czterdziestu centymetrów w siedem sekund, po prostu trzymając ją w powietrzu”. A jak najłatwiej wytłumaczyć zawiłą drogę fotonów z wnętrza Słońca ku jego powierzchni? Porównując ich wędrówkę do porannych wojaży nietrzeźwej osoby, który robi po kilka kroków w różnych kierunkach (często do tyłu), ale wreszcie dociera do celu.

Poszczególne rozdziały to kolejne wciągające eseje. Próżno doszukiwać się jakiegoś motywu przewodniego, ale to nie problem, wręcz zaleta. Osoba niezainteresowana fizyką mogłaby się zrazić po jednym rozdziale, który porusza zbyt abstrakcyjne zagadnienia, a tak każdy rozdział to nowa przygoda. Z książki można dowiedzieć się m.in. o ustalaniu prędkości światła, zakręconej historii orbit czy różnego rodzaju ciał niebieskich (i dlaczego Pluton nie jest planetą). To tylko część tematów, bo mowa również np. o stałych fizycznych i chociaż nie brzmi to może szczególnie interesująco, to jest coś fascynującego w fakcie, że obecnie definicja metra oparta jest najdokładniejszym pomiarze prędkości światła.

Najnowszy zbiór kosmicznych esejów naczelnego popularyzatora nauki, Neila DeGrasse’a Tysona, to w pewnym sensie przestroga. Chociaż w ostatnim stuleciu dokonano przełomowych odkryć, nie możemy zakładać, że to koniec; że wiemy wszystko. Im bardziej zgłębiamy tajemnice wszechświata, tym więcej widzimy dziur (także czarnych, haha). Jednak zapatrzeni w ekrany smartfonów, skoncentrowani na przyziemnym życiu, przestajemy spoglądać w gwiazdy, nie interesujemy się astrofizyką. Tym bardziej, że nie należy ona do najłatwiejszych nauk, a wiele pojęć wiąże się z wysokim poziomem abstrakcji. Dlatego dobrze, że powstają takie książki jak „Kosmiczne zachwyty”. Nawet laik wyciągnie z nich sporo informacji. A jeśli czegoś nie zrozumie, nic się nie stanie – gwarantuję, że Tyson na tyle rozbudzi ciekawość, że czytelnik sam sięgnie po inne źródła.

Dodaj komentarz