Grass Kings #1

Wszystko się rozlewa

Duszna prowincja, nierozwiązane animozje, a do tego mieszkańcy przyczep kempingowych ze zbyt łatwym dostępem do broni. Łatwo sobie wyobrazić bandę wsioków, toczących pianę z ust i zarzynających się w sposób niewiele mający wspólnego z godnością. Jeśli szukacie takiej brudnej historii, „Grass Kings” nie jest dla Was.

Tytułowi królowie, trzej bracia, władają miasteczkiem na amerykańskiej prowincji. Są samozwańczymi królami, chociaż oczywiście tak się nie tytułują. Po prostu chcą, żeby wszyscy dali im i ich małej społeczności święty spokój – nie uznają jurysdykcji szeryfa pobliskiego Cargill, który ma zakusy na ich terytorium. Pomimo stałego napięcia udaje się zachować status quo. Oczywiście do czasu – w Królestwie azylu szuka tajemnicza młoda kobieta, która ma powiązania z Cargill. Wydać ją szeryfowi? Nie wchodzi w grę. Udzielić schronienia – dla zamkniętej społeczności ta opcja również nie jest taka oczywista. Konflikt narasta.

Wydawałoby się, że wszystko prowadzi do krwawej jatki i totalnego zwierzęcenia prowincjonalnych prymitywów. Odbieram tę historię jednak zupełnie inaczej – dominujący jest strach przed innością. Mieszkańcy Cargill nie mogą ścierpieć, że Królestwo Traw w ogóle istnieje. Co prawda nikomu ono nie szkodzi i nie wysuwa żadnych żądań. Królowie nie porywają też okolicznych dzieci, nie sabotują lokalnej gospodarki. Chcą żyć swoim życiem. Problem w tym, że robiąc to po swojemu, za bardzo się wyróżniają. Niestety to częsta przypadłość ludzi, że reagują agresją i strachem na coś nieznanego czy choćby zwyczajnie innego. Pojawia się jakiś dziwny dyskomfort psychiczny, który każe chwycić za broń czy choćby transparenty. Zachowanie szeryfa z Cargill kojarzy mi się ze wszystkimi walczącymi z mniejszościami.

Ktoś powie, że szeryfa Cargill można poniekąd usprawiedliwić, bo jest stróżem prawa, a w Królestwie lata temu miały miejsce niewyjaśnione morderstwa. Co więcej, szeryf wciąż uważa, że morderca ukrywa się właśnie w zamkniętym miasteczku. „Grass Kings” określa się mianem „rural mystery” z powodu tego wątku, ale w pierwszym tomie jest on raczej w tle, nie motywuje działań szeryfa. Ciekawy jestem, jak się to rozwinie w kolejnych tomach.

Nie można nie wspomnieć o warstwie graficznej „Grass Kings”. Od razu z czymś mi się skojarzyła i dopiero po przeczytaniu notki mnie olśniło. Przecież Tyler Jenkins rysował też „Petera Panzerfausta” (którego swoją drogą także polecam – poruszająca opowieść o drugiej wojnie światowej bez zbędnego patosu). Jego kreska jest oszczędna, umyślnie niedbała, efemeryczna. A kolory? Poezja. Akwarelowe plamy, przemijające barwy, które w każdej chwili mogą spłynąć ze strony. Doskonale pasuje to „Grass Kings” – bohaterowie niewątpliwie chcieliby, żeby ich życie się ustabilizowało, ale bardziej przypominają rozwodnioną farbę, która stara się utrzymać przy sobie pigment, choć jest sekundy od utraty kontroli. Wreszcie wszystko się rozlewa. Uporządkowane życie okazuje się iluzją, a nieprzepracowane traumy – jak w przypadku Roberta, przywódcy Królestwa, który lata temu stracił córkę – ciągną na dno.

Dodaj komentarz