Szczury Wrocławia: Kraty

Ludzie gorsi od zombie

W grozie najstraszniejsze jest oczekiwanie. Właśnie na nim opiera się konstrukcja wielu horrorów. Zagrożenie na początku nie jest realne, a ledwie zarysowane i dopiero po jakimś czasie zbiera swoje żniwo. W filmach wojennych (niby nie horrory, ale jak się nad tym zastanowić…) groza ukazana jest inaczej, od początku niebezpieczeństwo jest blisko, ale zazwyczaj obserwujemy poczynania grupki żołnierzy, którym udaje się przetrwać, a giną tylko często bezimienne postacie. W „Szczurach Wrocławia” autor podszedł do tematu w  jeszcze inny sposób. Tutaj co parę stron ktoś ginie, często w głupi, banalny, niezapowiedziany sposób. Bohaterów, których spotyka tragiczny los, nie zdążamy bliżej poznać, ale nie pozostają bezimienni – autor przedstawia nam ich z imienia i nazwiska, serwuje mini backstory i gdy już myślimy, że być może ten mężczyzna czy kobieta odegra ważną rolę, zombie odgryza mu połowę twarzy. Nie przywiązujmy się do bohaterów, tak szybko odchodzą. Tak wygląda groza, która może nie jest równie spektakularna co nieznośnie ciągnące się budowanie napięcia z efektowną kulminacją, ale jest tak namacalna, że przy okazji każdego zgonu czujemy, jakby ktoś wyciągał z nas wnętrzności bez narkozy.

Warto dodać, że imiona ofiar nie są przypadkowe. Setki fanów Roberta Szmidta walczyło, by autor uśmiercił ich w swojej najnowszej powieści. Chociaż boimy się horrorów, to nie odwracamy wzroku – jest coś fascynującego w takiej krwawej masakrze. Jest w tym też coś terapeutycznego – pozwala zmierzyć się z fobiami.

No dobrze, ale o czym w ogóle są „Szczury Wrocławia: Kraty”? Jak można się domyślać po tytule i moich wcześniejszych akapitach – o zombie w stolicy Dolnego Śląska. Ale to za duże uproszczenie, nieuczciwe względem i autora, i czytelników. Powieść rozgrywa się we Wrocławiu, ale nie współcześnie (jak wiele produkcji o nieumarłych z „The Walking Dead” na czele), a w roku 1963. Środek zatęchłego PRL-u – już sam ustrój mógł przyprawiać o koszmary, a co dopiero inwazja zombie. Ponadto taki setting utrudnia bohaterom komunikację i pogłębia uczucie beznadziei, które towarzyszy nam od pierwszych stron. Obserwujemy poczynania bohaterów, którzy działają po omacku – informacja o nieumarłych już się rozeszła, ale wciąż jest tak nieprawdopodobna, że racjonalnie myślący człowiek ją odrzuca. Aż w końcu jakiś zombie odrzuca na bok rękę, którą mu odgryzł.

Wszystko zaczyna się w więzieniu. Próbujący zachować odrobinę rozsądku wobec postępującego szaleństwa kapitan Okrutny zarządza, by wywieźć osadzonych poza mury więzienia. Nie czuje się dobrze z taką spontaniczną amnestią, ale według jego wiedzy miasto może zaraz zostać zbombardowane albo zajęte przez sowietów. Woli więzienie wykorzystać jako schronienie dla rodzin swoich współpracowników. Trudno mu się dziwić. Jednak szybko okazuje się, że zakład karny wcale nie jest takim bezpiecznym miejscem. „Trup ściele się gęsto, trup wstaje często” – chciałoby się zarymować po przeczytaniu kilku rozdziałów pełnych lekkomyślnych i naiwnych zachowań funkcjonariuszy.

A co z wywiezionymi więźniami? Cześć z nich spotyka los podobnych do reszty wrocławian – padają ofiarami ciągle przybywających zombie. Natomiast reszta odkrywa, że zamienili więzienne cele na… raj. Wykolejeńcy dużo łatwiej od zwyczajnych mieszkańców dostosowują się do nowej sytuacji. Dla nich to szansa, nowy początek. Nie mają litości ani dla nieumarłych, ani dla ocalałych z okolicznych kamienic. Taka bezwzględność połączona z siłą fizyczną pozwala osadzonym nie tylko przeżyć, ale i zacząć snuć plany przejęcia władzy nad całym miastem. Wreszcie są w swoim żywiole. Czy pozwoli na wojsko, niby w rozsypce, ale z wyszkoleniem, sprzętem i poczuciem misji?

Totalny chaos, śmierć czyhająca za każdym załomem, ludzie gorsi od nieumarłych. Lubisz zombie? Polubisz „Szczury Wrocławia: Kraty”. Robert J. Szmidt napisał książkę dla fanów gatunku i wszystkich, którzy chcieliby przenieść się w czasie do Wrocławia lat sześćdziesiątych. Zwiedzanie tego miasta jest fascynujące, ale z racji ustroju i wylewających się zewsząd płynów ustrojowych wolałbym nigdy się tam nie znaleźć.

Dodaj komentarz