Grass Kings #2

Nieusankcjonowana autonomia

Tak jak pierwszy tom „Grass Kings” miał z mojego punktu widzenia więcej wspólnego z historią obyczajową, tak drugiemu już znacznie bliżej do kryminału. Bohaterowie przyglądają się tajemniczej śmierci Jen Handel – sympatycznej lokalnej nauczycielki, która pozornie nie miała żadnych powodów, by zakończyć swoje życie. Tymczasem znaleziono ją dyndającą na stryczku, a co dziwniejsze – jej przyczepa kempingowa spłonęła. Nie trzeba być detektywem, by uznać ten pożar za coś podejrzanego. Tym bardziej, że w okolicy grasował nieuchwytny morderca. Dla władców Królestwa rozwiązanie zagadki jest o tyle ważne, że sprawą mogą zainteresować się federalni, a wtedy będą mogli zapomnieć o nieusankcjonowanej autonomii, którą cieszą się od lat.

Pierwsza część „Grass Kings” zrobiła na mnie spore wrażenie – wciągnęły mnie losy ludzi, którzy stali się wyrzutkami z własnej woli. W drugim tomie coś się rozjeżdża. Niby mamy kryminał, ale odnoszę wrażenie, że kolejne zeszyty służą tylko przestawianiu pogłębionego tła poszczególnych bohaterów. Nie żeby było coś złego w obyczajowych wtrętach. Można jednak odnieść wrażenie, że scenarzysta sięga po retrospekcje nie dlatego, że wymaga tego akcja, a raczej dlatego, że musi odhaczyć kolejną postać na liście. Zakładam, że taka ekspozycja wynika z historii zaplanowanej na kilka tomów. Nie jest to najbardziej eleganckie rozwiązanie, ale wybaczam, bo fatalistyczna narracja „Grass Kings” tak czy inaczej wciąga.

Ponieważ śledztwo należy do rodzaju tych nieoficjalnych, to dociec prawdy próbuje nie tylko samozwańczy szeryf, ale i dwóch młodych chłopaków. W ich przypadku dostajemy stosunkowo klasyczny wątek – kieruje nimi młodzieńcza ciekawość, więc śledztwo jest przygodą, formą zabicia czasu, a co tym idzie brakuje refleksji nad ofiarą, ale czy można to dziwić? Młodzi detektywi odkrywają, że w Królestwie zainstalowany jest wszechobecny monitoring. Nikt tego nie ukrywa, ale chyba mało kto zdaje sobie z tego sprawę. To ciekawy motyw, bo siostry, które nadzorują podsłuch, mówią „tylko tak możemy bronić się przed obcymi”. Ale przecież tak rozbudowany monitoring przydaje się bardziej do inwigilacji społeczności. Strach przed przybyszami z zewnątrz i obsesyjna potrzeba zachowania autonomii – taka mieszanka nie może prowadzić do niczego dobrego.

Drugi tom trochę mnie rozczarował, ale na pewno sięgnę po kolejny. Po pierwsze, zarysowane konflikty mają ogromny potencjał, a temat tajemniczego mordercy na pewno jeszcze powróci. Po drugie, warstwa graficzna autorstwa Tylera Jenkinsa wciąż stoi na najwyższym poziomie. Akwarelowe kolory sprawiają, że mamy ochotę wykąpać się w eterycznych kadrach.

Dodaj komentarz