Giant Days #6

Porzucić dorosłość

Za każdy razem, gdy w paczce znajduję kolejny tom „Giant Days”, humor poprawia mi się, jeszcze zanim otworzę komiks. Po prostu ta seria ma w sobie coś tak kojącego serce, że działa lepiej od naparu z ziółek. Chociaż czasem można mieć wrażenie, że bohaterki serii ziółek sobie nie odmawiają. I dobrze, taki przywilej młodości.

Kolejny tom nie przynosi zaskoczeń, dramatycznych wydarzeń czy szokujących twistów. Dalej obserwujemy zmagania Susan, Esther i Daisy z dorosłością i wyzwaniami stawianymi przez studenckie życie. W tym odcinku (hmm, tak mi się napisało, ale skojarzenie z serialami jak najbardziej słuszne) koncentrujemy się na przygodach dziewczyn w ich własnym gronie – postacie drugoplanowe schodzą na plan jeszcze dalszy. Już na początku scenarzysta postanawia utrudnić im życie – ktoś włamuje się do ich mieszkania. Są studentkami, więc nie za bardzo jest co im ukraść, ale Daisy traci rodzinne pamiątki, więc tragedia gotowa. Co może zrobić nasze dzielne trio? Poczekać na reakcję organów ścigania? Wpadają na lepszy pomysł – próbują przeniknąć do półświatka, by odzyskać zaginione rzeczy. Nie muszę wspominać, że owocuje to toną kuriozalnych sytuacji.

Na początku napisałem, że w zasadzie w tym tomie niewiele się dzieje. To nie do końca prawda – w poprzednich rozdziałach pojawiał się subtelnie zarysowany wątek odkrywania swojej orientacji seksualnej przez Daisy. W tym pierwszy raz obserwujemy ją w czymś, co można uznać za związek. Chociaż dziewczyna wciąż jest bardzo niepewna, stopniowo znajduje w sobie odwagę. Oczywiście może liczyć na wsparcie koleżanek – scena, gdy Esther chwyta ją publicznie za rękę, by przestała to traktować jak coś paraliżującego, najlepiej pokazuje siłę przyjaźni.

Najciekawszym motywem tego tomu jest natomiast choroba Susan, a w zasadzie jej implikacje. Zaniepokojone przyjaciółki sięgają po ostateczne rozwiązanie – mówią o sytuacji ojcu potencjalnej pacjentki zero. Długo nie trzeba czekać, aż rodziciel przyjedzie, by pomóc córeczce wrócić do zdrowia. Przy okazji wprowadza się do domu dziewczyn, przyrządza im pyszne obiady, naprawia usterki itp. Z jednej strony im to nie pasuje – w końcu nie po to wyprowadzały się z domu, żeby teraz dzielić go z niemalże seniorem. Z drugiej strony, pozwala to na chwilę zapomnieć o konsekwencjach samodzielności. Wreszcie znowu mają opokę, która daje poczucie stabilności. Poczucie, którego ewidentnie potrzebowały, chociaż wstyd się było to tego przyznać. Swoją droga, ojciec Susan jest zaskakująco podobny do jej byłej miłości – wąsatego Grahama McGrawa, także złotej rączki. Przypadek? Nie sądzę i czekam na kolejne tomy

PS. Warstwa graficzna wciąż na doskonałym poziomie – nadekspresja dziewczyn oddana z sugestywnością gwiazd najlepszych sitcomów.

Dodaj komentarz