Jazz Maynard

Muzyk czy agent?

Do sięgnięcia po ten komiks skłonił mnie tytuł i trębacz na okładce, nieśmiało wyłaniający się z cienia, chociaż wolałby w nim pozostać. Po czym we wstępie przeczytałem, że autorzy w zasadzie nie lubią jazzu. Zapaliła mi się wtedy lampka alarmowa. Zaraz jednak doczytałem: „jedyną rzeczą, która nas interesuje w jazzie, to estetyka – czarno-białe zdjęcia zadymionych barów i natchnionych muzyków” i stwierdziłem, że zapowiada się intrygująca mieszanka.

Jeśli myślicie, że dostaniecie obyczajowy komiks opowiadający o scenie jazzowej, to muszę Was rozczarować. Trylogia barcelońska to akcja w najczystszej postaci. Tytułowy bohater Jazz Maynard wyniósł się do Nowego Jorku dekadę temu, by tam szukać szczęścia i zacząć życie od nowa. Zabrał ze sobą muzyczny talent, a zastawił za sobą rodzinę. Jednak nigdy nie zerwał z rodziną więzów – dlatego też finalnie wraca do rodzimej dzielnicy El Raval po tym, jak wyciąga swoją siostrę z nowojorskiego burdelu, robiąc sobie przy okazji mnóstwo wrogów. A to tylko zawiązanie akcji.

Dalej jest jeszcze ciekawiej – jego dawna miłość, niedająca się uciszyć dziennikarka, prowadza się z szefem półświatka, niejakim Judasem. Jazz i Judas mają ze sobą więcej wspólnego niż można się spodziewać, ale nie będę Wam zdradzał szczegółów. Tak czy inaczej, Jazz po powrocie do Barcelony szybko staje się dłużnikiem tego groźnego, choć eleganckiego gangstera. Żeby spłacić długi, musi dokonać zuchwałego włamania. A właśnie, czyżbym zapomniał dodać, że Jazz jest nie tylko genialnym muzykiem, ale i złodziejem, którego wyprzedza reputacja? Trochę naciągane, prawda? W pewnym momencie przyjaciel naszego protagonisty mówi: „Jesteś niezrównanym włamywaczem, fantastycznym trębaczem, strzelasz i bijesz się jak jakiś bóg… Czy ty przypadkiem nie jesteś pieprzonym agentem 007?” Uświadomiło mi to, że autorzy doskonale zdają sobie sprawę, że przesadzili, ale ich dystans pozwolił mi to zaakceptować i po prostu dobrze się bawić.

Z warstwą graficzną miałem początkowo problem. Postacie o twarzach tak strzelistych jak wieże Sagrada Família, sprane kolory, brak przejść tonalnych. Skojarzyło mi się to z twórczością Eduardo Risso, do którego też początkowo nie mogłem się przekonać. Ale później ta wizualna brawura i oryginalność przestały mi przeszkadzać, tym bardziej, że w tym komiksie kreska jest oddanym sługą akcji, a jak wspominałem „Jazz Maynard” akcją stoi. Strzelaniny, pościgi, korupcja i walki na szczycie – dostaniecie to wszystko i jeszcze więcej. Scenarzysta nie ma litości i nie uznaje dłużyzn. Gdy Jazz ucieka przed śmiercią i wpada przez okno do przypadkowego mieszkania, oczywiście nie zastaje tam jedzącej obiad rodziny, lecz plan filmu perwersyjnego filmu porno, którego główna bohaterka ma zaraz zostać zaszlachtowana. Rzecz jasna Jazz nie może stać i bezczynnie na to patrzeć. To właśnie taki komiks.

Dodaj komentarz