Po dobrej stronie

Blizny na duszy

Słuchałem ostatnio podcastu o scenariopisarstwie. Jego prowadzący starają się pomagać osobom, które marzą o tym, by kiedyś ich nazwisko pojawiło się w napisach końcowych filmu. Autorzy często oceniają pomysł na film podsyłane przez słuchaczy. Ostatnio napisał do nich niejaki Mike – amerykański weteran (nie wchodzili w szczegóły jego kariery wojskowej, być może ich nie znali). Cóż, sam pomysł nie był zbyt dobry – sztampowy, a do tego zapisany w sposób trudny do zrozumienia. Ale przy okazji Mike zdał istotne pytanie – czy na rynku jest w ogóle miejsce dla takich jak on, weteranów. Dla prowadzących podcast odpowiedź była oczywista – jasne, że jest; ma unikatowe doświadczenia, a warsztatu na pewnym poziomie może nauczyć się każdy. Z drugiej strony podobno w Hollywood nie chcą już czytać scenariuszy o PTSD – zaroiło się od takich historii (nic dziwnego, biorąc pod uwagę aktywność USA na Bliskim Wschodzie), a często brakuje im spektakularności, co specjalnie nie dziwi – zaburzenia psychiczne nie zawsze są wdzięcznym tematem.

Prawdopodobnie historia LeAnne, głównej bohaterki „Po dobrej stronie” nie zainteresowałaby hollywoodzkich procentów, który marzą o stworzeniu dochodowego popcorniaka. Choć LeAnne cierpli na PTSD, to w związku z tym nie planuje zamachu na prezydenta, nie zgłasza się na kolejną turę w Afganistanie, by wyruszyć na samotną samobójczą misję. Nie, jej PTSD objawia się w postaci ekstremalnej obcesowości oraz problemów z pamięcią, koncentracją i tolerowaniem zwyczajnych ludzi i ich okropnie zwyczajnego życia z rodzinnymi obiadkami, słodkimi babeczkami i wyprasowanymi koszulami. Ci wszyscy ludzie, zupełnie nieświadomie, irytują ją każdym słowem, gestem, spojrzeniem. Na ekranie byłoby to trudno przedstawić, ale na kartach powieści już nie.

LeAnne poznajemy w wojskowym szpitalu. Przechodzi rekonwalescencję – w trakcie akcji straciła oko, a połowę jej twarzy pokryły blizny, które na stałe mogłyby zamieszkać w dziecięcych koszmarach. LeAnne nie próbuje się pogodzić ze stratą – jest na etapie wyparcia w przeciwieństwie do Marci, którą poznaje w szpitalu. Ona z kolei straciła na wojnie nogę. Jej obecność pozwala LeAnne odnaleźć w tym dziwnym miejscu chociaż odrobinę normalności. Jednak Marcia wkrótce umiera – nie dopadli jej wrogowie, ale dopadł zator płucny. Tu wydarzenie wstrząsa LeAnne. Nie zadaje sobie trudu, żeby wypisać się ze szpitala – po prostu go opuszcza. Nie ma konkretnego celu – jedzie przed siebie. Dobrze się jednak domyślacie, że finalnie odwiedza miejsca nieprzypadkowe.

Nie chciałbym za wiele zdradzać z fabuły. Po pierwsze, warto ją odkryć samemu. Po drugie, wojskowa intryga, która rozgrywa się w tle, w ostatecznym rozrachunku nie ma większego znaczenia. Dużo istotniejsze jest towarzyszenie LeAnne w kolejnych – choć w jej głowie sklejających się jeden – dniach, gdy próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości; zdecydować, czy ta nowa rzeczywistość ma dla niej jakikolwiek sens.

W pewnym momencie historii pojawia się pies – później ochrzczony mianem Goody – który w spontaniczny sposób staje się kompanem LeAnne. Nie ocenia jej, nie lituje się nad nią, niczego od niej nie chce. Po prostu jest. To początek prostolinijnej przyjaźni, ale nie spodziewajcie się, że LeAnne zacznie tarzać się w trawie z poczciwą psiną, pozwalając jej, by lizała ją po bliznach. W nowym życiu LeAnne nie ma miejsca na takie sceny. Dla niej szczytem czułości jest to, że nie zostawia psiej przybłędy w schronisku, w którym po kilku dniach zostałaby uśpiona. Większość ludzi, których spotyka na swojej drodze LeAnne, nie potrafi jej zaoferować tego co Goody. Większość uważa, że wie lepiej, co będzie dla niej najlepsze, czyli powinna zostać w szpitalu, by tam wrócić do formy fizycznej i psychicznej, bo przecież do tego służą szpitale. Nieważne, czy dla niej to dobre rozwiązanie – takie są procedury i gdy ktoś próbuje je zmienić, czujemy się niekomfortowo. Z drugiej strony skąd ci wszyscy ludzie mieliby właściwie wiedzieć, jak się mają zachować w takiej sytuacji? Moim zdaniem na tym właśnie polega tragedia cierpiących na PTSD.

Wielu autorów czułoby pokusę, aby pokazać złamaną bohaterkę, która następnie podnosi się z kolan, by przejść przemianę i pokazać triumf woli nad ciałem. Spencer Quinn umiał się powstrzymać. Oczywiście LeAnne udaje się zrozumieć pewne rzeczy, część z nich zaakceptować, ale „Po dobrej stronie” nie jest łzawą historią o skutecznym pokonywaniu wyzwań. I bardzo dobrze, bo gorycz jest potrzebna, by docenić życie.

 

Dodaj komentarz