All-Star Batman #3

Pulsujące poczucie misji

Dwóch pierwszych tomów „All-Star Batman” postanowiłem w ogóle nie recenzować, co najlepiej świadczy o mojej opinii na ich temat. Absurdalne historie, nagromadzenie złoli, a w dodatku nie było to nawet dobrze narysowane. Mimo wszystko sięgnąłem po trzeci tom i zostałem bardzo pozytywnie rozczarowany. Czy to oznacza, że nagle Scott Snyder zaserwował nam mniej naciąganą historię? Niekoniecznie, bo bohaterowie starają się zdobyć potężny artefakt, machinę rodzaju, a Batman m.in. walczy wręcz ze stadem krokodyli nilowych, które jeden z gangsterów wypuścił do akwenu okalającego jego siedzibę. Jednak historia zdecydowanie bardziej angażuje emocjonalnie.

Można powiedzieć, że w tym tomie Batman paradoksalnie jest postacią drugoplanową. Ta historia należy do Alfreda, który przy okazji jest także jej narratorem. Dowiadujemy się, co ukształtowało Pennywortha i z jakimi wewnętrznymi konfliktami musiał sobie radzić w młodości. Miał niezwykłego mentora, który zastąpił mu wiecznie nieobecnego ojca. Brzmi znajomo? Alfred również dostrzega podobieństwo do swojej relacji z Bruce’em i kwestionuje swoje kolejne decyzje, brak asertywności. Nie jest w stanie powstrzymać wprawionego w ruch wahadła – pulsującego poczucia misji Batmana. Trzeci tom poniekąd jest opowieścią o radzeniu sobie z bagażem doświadczeń i sabotowaniu własnego życia przez podświadome prowokowanie ciągle takich samych sytuacji (i oczekiwanie innego efektu).

Interesujący się też motyw piracki. Początkowo wydaje się, że nawiązanie do niego pojawia się tylko na początku w postaci potomków pirackich rodów (z Czarnobrodym na czele), którzy organizują licytację wspomnianej machiny rodzaju. Potem Alfred przyznaje, że fascynował się historiami awanturników pływających pod piracką banderą. Koniec końców nietrudno dostrzec pewną zamykającą klamrę – u wielu młodych osób pojawia się chęć zostania kimś pokroju słynnego pirata. Osobą, która sprzeciwia się wszystkim regułom, żyje po swojemu i nie potrzebuje wsparcia bliskich. Alfred uświadamia sobie, że być może typowe dla finałów pirackich opowieści „(…) okrucieństwo kapitana było przejawem pewnego rodzaju troski. Może kapitan zachowywał się tak podle, aby przegnać młodego bohatera z okrętu i wskazać mu drogę do domu”, by uniknął tragicznego losu korsarza.

We wstępie napisałem, że dwa pierwszej tomy zdecydowanie mnie zawiodły. Dlaczego więcej dałem serii kolejną szansę? Zachęciły mnie dwa słowa na okładce – Rafael Albuquerque. Swoją drogą, za scenariusz „American Vampire” odpowiada nie kto inny jak Scott Snyder. Ciekawe, że istotnym motywem tej serii (jak i tego tomu „All-Star Batman”) jest radzeniem sobie z nadnaturalnymi zdolnościami. Oczywiście w przypadku wampirów są te cechy, które niejako się nabywa w momencie zarażenia. Natomiast Batman musiał wszystkie swoje umiejętności zdobyć. Jednak w końcu uzyskał nadnaturalny status i niebezpieczną wiarę, że nie ma przeszkód, których nie mógłby pokonać. Może to przypadek, a może Albuquerque pomaga Snyderowi szlifować scenariusz. Nieważne. Istotne jest tylko to, że zmiana kierunku wyszła serii o Mrocznym Rycerzu na dobre.

Dodaj komentarz