Sherlock Holmes Society #1

Brak esencji

Regularnie powstają nowe interpretacje Sherlocka Holmesa. Czy coś w tym złego? Raczej nie, jeśli tylko twórcy rozumieją, że muszą zaoferować czytelnikom czy widzom coś nowego, świeżego. O tym chyba zapomnieli autorzy „Sherlock Holmes Society”, bo to wcielenie słynnego detektywa niczym specjalnym się nie wyróżnia – ani epoką, ani cechami charakteru czy nietypowym śledztwem. Chociaż to w tym ostatnim była największa szansa na oryginalność.

Akcja zawiązuje się bardzo szybko – Mycroft oznajmia bratu, że ma dla niego niezwykle ważną tajną misję. Wkrótce wyruszają do małej mieści w Irlandii Północnej, w której… panoszą się zombie. Nietypowo jak na przygodę Sherlocka, tym bardziej, że cały komiks jest na poważnie – nie ma tu mowy o jakiejś postmodernistycznej zabawie konwencją. Swoją drogą, to Sherlock jest narratorem (a przyzwyczailiśmy się do Watsona w tej roli). Można byłoby się spodziewać błyskotliwych, pędzących niczym najszybsza kolei przemyśleń, a zdecydowanie ich brakuje. Wniosek z tego taki, że lepiej jednak obserwować Sherlocka z boku, chociaż w tym komiksie niestety nie robi nic ciekawego. Co się stało z jego firmową błyskotliwością?

Naprawdę nie oczekuję oszałamiających dedukcji, ale skoro w misji, której się podejmuje, sporo jest wojskowego charakteru, to mógłby wykazać się np. taktycznym geniuszem czy zabłysnąć w scenie walki, pokazując, że siła nie jest najważniejsza. Trochę tego wszystkiego – esencji Sherlocka – brakuje. Z drugiej strony ten komiks to jedynie pierwsza część historii, która póki co bardziej przypomina wciąż modne filmy i seriale o zombie, a brakuje jej znamion śledztwa z prawdziwego zdarzenia. Po drugą część zamierzam sięgnąć, bo liczę, że zostanę pozytywnie zaskoczony. Tym bardziej, że kreska – stosunkowo typowa dla frankofońskich serii – zachęca, by podziwiać kadry i szukać na nich detali. A myślę, że to te detale będą najważniejsze w kolejnej odsłonie przygód z serii „Sherlock Holmes Society”.

Dodaj komentarz