Neonomicon

Kiedy Cthulhu wejdzie za mocno

Po lekturze „Neonomiconu” rzuciłem okiem na kilka recenzji. Okazało się, że zdania są podzielone. Doszedłem do wniosku, że wyznawcy Lovecrafta spokojnie do oceny mogą doliczyć kilka gwiazdek za dziesiątki nawiązań, wchodzenie na poziom meta i fascynację Alana Moore’a samotnikiem z Providence (choć czasami trudno ocenić, czy ten komiks jest hołdem, czy złośliwą parodią). Zaraz jednak uświadomiłem sobie prosty fakt – komiks powinien bronić się sam, bez wsparcia całej otoczki. Czy „Neonomicon” się broni? Zdecydowanie nie.

Najpierw kilka słów o fabule. „Neomomicon” składa się z dwóch opowieści. Pierwsza koncentruje się na agencie FBI, Aldo Saxie, który próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw, a trop prowadzi go do undergroundowego klubu i ludzi, którzy zdają się przemawiać w starożytnym języku. Nie wszystko jednak idzie po jego myśli… Wkrótce FBI wysyła dwóch kolejnych agentów – żeby odkryli, co przydarzyło specjaliście od teorii anomalii. A wszystko rozgrywa się w świecie, w którym dzieła Lovecrafta są znane, a przez niektórych traktowane jak literatura faktu. Brzmi całkiem intrygująco, prawda? Mnie też kupiło. Co więcej, pierwsza część historii faktycznie wciąga, a gęsta groza powoli wylewa się z kolejnych stron. Jednak to co się dzieje dalej…

Wybaczcie anglicyzmy, ale w tym komiksie plot jest całkiem przyzwoity, ale story fatalne. Scenarzysta nie potrafił zdecydować się na jeden ton opowieści. Czytelnicy z pewnością oczekiwali grozy i pewną jej dawkę dostali. Jednak w „Neonomiconie” nie brakuje całych sekwencji, które są tak groteskowe, że można odnieść wrażenie, że czyta się zupełnie inny komiks. Nagle po grozie nie ma ani śladu, a na jej miejsce nie wskakuje humor, lecz zażenowanie. Sama fabuła, w sensie kolejnych wydarzeń, mogłyby zostać naprawdę ciekawie ograna, ale dostajemy za dużo fatalnych dialogów. Wystarczy wspomnieć agentkę Merril Brears, która w ramach small talku opowiada o swojej terapii związanej z uzależnieniem od seksu. Swoisty ekshibicjonizm można by było zrozumieć, ale jej parter z FBI nie widzi w tym absolutnie nic dziwnego – ot, typowy temat rozmowy przy kawie. Takich kwiatków jest o wiele więcej. Do tego bohaterowie non stop rzucają mięsem, a napięcie poszczególnych scen w żaden sposób tego nie usprawiedliwia. Nie mam nic przeciwko soczystym bluzgom, wręcz przeciwnie, ale w tym przypadku wygląda to jak wyczyny zerwanego ze smyczy nastolatka.

Chociaż okładka odstrasza kompozycją, anatomią i kolorami, to o dziwo komiks nie jest narysowany wyjątkowo źle. Po prostu generycznie – w tej kresce nie ma nic ciekawego, czasami widać pewną nieporadność i brak stylu rysownika, który nie ma pomysłu na kadr, więc stara się rysować realistycznie – w efekcie powstają panele, z których zieje pustka z kilka postaciami i elementami.

Chciałem polubić ten komiks, bo Lovecraft, groza, tajemnica sprzed kilkudziesięciu lat, ale to naprawdę trudna miłość. A propos miłości – w pewnym momencie pojawia się wątek, który na pewno skojarzy się Wam z „Kształtem wody”. Można mówić różne rzeczy o filmie Del Toro (osobiście jestem fanem), ale niewątpliwie meksykański reżyser potrafił być bardzo subtelny. Teraz wyobraźcie sobie, że zamiast Guillermo na krzesełku reżysera usiadł jakiś nienasycony twórca pornosów (niekoniecznie tanich, trochę budżetu na to kostiumy było). Prawdopodobnie wyszłoby mu coś podobnego do „Neonomiconu”. Zastanówcie się dwa razy, czy chcecie zepsuć sobie wrażenia związane z „Kształtem wody” lekturą tego komiksu.

Dodaj komentarz