Royal City #2

Samotność we krwi

Pierwszy tom „Royal City” opowiadał o tym, jak śmierć najmłodszego syna wpłynęła na rodzinę Pike’ów. Z kolei drugi tom koncentruje się na czasach, gdy życie Tommy’ego miało się dopiero skończyć. Na pierwszy rzut oka wydaje się to trochę banalną, rozwleczoną retrospekcją. Wiemy, że Tommy umrze, wiemy, że poniekąd będzie nawiedzał bliskich. Czy to aż takie ważne, jak zginął? Jednak Jeff Lemire tylko udaje, że chodzi o okoliczności śmierci Tommy’ego. Tak naprawdę chciał pokazać, że narodziny samotności to proces dużo dłuższy niż najcięższy poród. I chociaż w pierwszym tomie obserwowaliśmy losy tej dysfunkcyjnej rodziny, to odkrywamy, że nie śmierć dziecka i brata tak bardzo wszystkich zmieniła. Każdy członek klanu Pike’ów miał swoje demony, które potraktowały tragedię Tommy’ego jak życiodajny pokarm.

Pete, głowa rodziny, zostaje zmianowym w fabryce i nagle staje się zwierzchnikiem przyjaciół. Nie do końca potrafi sobie poradzić z nową sytuacją. Tym bardziej, że wcale tego nie chciał, ale nie potrafił odmówić. Podczas wolnego dnia spontanicznie kupuje stare radio, zapoczątkowując swoją kolekcję – trudno o wyraźniejszy symbol nostalgii. Warto też dodać, że Pete załatwia pracę swojemu synowi – Patrickowi, który marzy o byciu pisarzem, ale nie ma pojęcia, o czym pisać. W efekcie gnije w fabryce. Doskonałą jest scena, gdy Pat oznajmia ojcu, że postanawia odejść, choć nie wie, co dalej będzie robił. Pete nie wybucha, nie krytykuje, po prostu się uśmiecha. Żona Pete’a również nie jest zadowolona z życia – nigdy nie planowała zostać kurą domową, jak określa ją dawno niewidziany znajomy. Nie wie, gdzie podziało się kilkanaście ostatnich lat.

Jeśli chodzi o dzieci Pike’ów, to najwięcej stron scenarzysta poświęca oczywiście Tommy’emu. To cierpiący na migreny introwertyk, outsider, którego nie rozumie nawet niewiele starszy brat, który jest przekonany, że wyciągnięcie go na imprezę rozwiąże wszystkie problemy. Tommy walczy z migrenami, ale to walka nierówna. Poza tym jego wola walki jest coraz mniejsza – po co żyć na świecie, który oferuje tylko samotność? „Tyle detali pędzi obok mnie. Zbyt szybko, by je zobaczyć. Zbyt szybko, by się ich złapać… Zostawiając wszystkie detale za sobą. Zostawiając siebie. Wolny. Nieważki. Nieobecny. Jestem nieobecny” – Tommy czuje się nie tylko nieobecny, ale i niewidzialny. To problem wielu nastolatków, a Tommy niewątpliwie jest w dużej mierze stereotypowym nastolatkiem (bardziej wrażliwym, ale wciąż nastolatkiem), który w dzienniku pisze np. „To dziwne, kiedy zdajesz sobie sprawę, że twoi rodzice to prawdziwi ludzie. Powinienem ich pytać o więcej rzeczy. Dowiedzieć się więcej, ale trochę się wstydzę. Nie wiem, jak dużo chce wiedzieć”. Czasem taki melancholijny marazm ulatnia się sam, czasem zbiera się na podłodze pokoju i sukcesywnie zastępuje tlen w płucach. Rodzina za późno zaczyna dostrzegać Tommy’ego.

Royal City to małe, przytulne miasto. Nieduża społeczność, zżyta jak rodzina. W takim miejscu nikt nie powinien czuć się samotny, prawda? Jednak to tylko pozory. „Idziesz do szkoły. Dostajesz robotę w fabryce. Masz dzieci. Starzejesz się. Tyle.” – myśli jeden z bohaterów. „To miasto ma samotność we krwi”, bo brak perspektyw wcale nie sprawia, że bardziej doceniamy relacje z bliskimi. Jest wręcz przeciwnie – zaczynamy się dusić, zakrztuszając się nawet miłością rodziców i rodzeństwa.

Dodaj komentarz