Doctor Strange #1

Wyrugować magię

Przed tym komiksem Doktora Strange’e znałem tylko z filmów. Nie zakochałem się w tej postaci, ale postanowiłem dać jej szansę, bo sarkastyczne typy z za dużą mocą w rękach to zawsze wdzięczny temat. W dodatku odkryłem, że za scenariusz nowej serii odpowiedzialny jest Jason Aaron, którego cenię za cykl „Skalp” – brutalny, naturalistyczny, pokręcony. Oczywiście nie spodziewałem się, że w Marvelu pozwolą mu na podobne ekscesy, ale nawet po utemperowaniu powinniśmy dostać solidny scenariusz. I wiecie co? Dostaliśmy.

Fabuła, twisty, świat przedstawiony – to wszystko ważne, ale jednak najważniejszy pozostaje sam Strange; jak przystało na altruistycznego narcyza. W tej historii nie poznajemy po raz kolejny jego genezy – Strange jest już niezwykle doświadczonym i potężnym magiem, który chroni świat przed wszystkim, co niewidoczne dla zwyczajnych ludzi. Aaron świetnie wykreował Doktora – choć sarkastyczny, to sympatyczny, choć ponad żywoty szaraków, to żywo nimi zainteresowany. Ponieważ jest on w centrum wydarzeń, to świat poznajemy z jego perspektywy, a jest to świat pełen magii, co zostało bardzo plastycznie pokazane – zarówno w kwestii wizualnej, jak i koncepcyjnej. Także mamy różnego rodzaju stwory koegzystujące z ludźmi, puby dla magów czy swoisty międzywymiarowy dworzec. Swoją drogą, całą tę koncepcję można potraktować jak metaforę – bardzo wiele nam umyka, bo mamy klapki na oczach, patrzymy tylko przed siebie, nie dostrzegając całego kontekstu. Może i banalne, ale za to jakie prawdziwe – zwłaszcza w naszych czasach, gdy całe życie ma fastfoodowy charakter.

Omawiany komiks pełny jest magii, ale w pewnym momencie magia zaczyna zanikać, a w zasadzie jest eliminowana i to stanowi oś całej fabuły. Oczywiście Strange próbuje temu zapobiec, co okazuje się dużo trudniejsze, a jako dumny mag przyzwyczajony jest do zwycięstw. Zwycięstwa sprawiają też, że nie patrzy za siebie, nie zastanawia się, jakie są koszty, jakie są ofiary jego coraz bardziej zacieśnianych konszachtów z magią.

Nie będzie wielkim spojlerem, jeśli zdradzę, że wyrugować magię próbuje sekta (a może rasa?) przedstawicieli nauki. To ciekawe odwrócenie ról, bo zazwyczaj fanatykami są ci od religii, a nie mędrcy korzystający ze szkiełka i oka. Tutaj również dostrzegam metaforę – złowrogi Imperator próbuje pozbyć się magii, bo uważa za coś niezrozumiałego i nieczystego, a przede wszystkim innego, a tego przecież boimy się najbardziej. Inności. To atawistyczny strach przed nieznanym, który obecnie ujawnia się często w postaci rasizmu czy ksenofobii. Być może nadinterpretuję, ale przygody Strange dają ciekawą perspektywę w nienachalny sposób. Czekam na drugi tom, bo to doskonale narysowana rozrywka.

Dodaj komentarz